Zapisałam się w maju. Dlaczego? Po prostu. Stwierdziłam, że chcę pomagać i dawać innym to, co mam i będę miała zawsze – siebie. W wirze wakacji zapomniałam o tym, nie czekałam jak inni z niecierpliwością na kartę czy telefon. Po prostu pod koniec sierpnia przyszedł list z fundacji z kartą i wtedy uświadomiłam sobie – jestem potencjalnym dawcą. Nie spodziewałam się, może nawet byłam pewna, że nie będę tą osobą, które mają szanse oddać szpik. Zdziwiłam się bardzo, gdy w słoneczne piątkowe popołudnie dostałam telefon od pana Andrzeja z informacją, że prawdopodobnie mogę zostać dawcą. Od tamtej pory aż do dnia, kiedy oddałam komórki macierzyste, towarzyszyła mi jedna myśl – szpik, życie, pomoc. Po typizacji potwierdzającej, po badaniach wstępnych przyszła kolej na najistotniejszy punkt tego całego wydarzenia, czyli oddanie szpiku. Kilka dni przed przyjmowałam czynnik wzrostu, który miał na celu zwiększyć liczbę komórek w moim organizmie. Towarzyszyły mi bóle stawów i ogólne osłabienie, ale i tak uśmiech nie znikał z twarzy. W pierwszym dniu pobranie trwało 4 godziny, a w drugim 3 godziny, a więc moje siedmiogodzinne siedzenie na fotelu, z igłami w obu rękach było jednym z najważniejszych momentów mojego życia. Mimo wielu przeszkód z miejscem badań i pobrania, spóźnieniem na badania przez warszawskie korki i sprzeciwem, a raczej troską o mnie moich najbliższych, udało się. I mimo moich chwil słabości i strachu.
Mam nadzieję, że moja cząstka, która powędrowała aż do Australii będzie częścią młodej kobiety na długi czas i pozwoli jej na uśmiech każdego dnia.
Dziękuję pani Zuzannie – bez pani nie udałoby się, nie poszłoby wszystko tak sprawnie, nie byłabym spokojna przez ten cały czas. Dziękuję lekarzom i pielęgniarkom, którzy towarzyszyli mi nieustannie podczas pobrania i sprawiali, że czułam się tam bardzo dobrze. Dziękuję przede wszystkim mojej rodzinie i przyjaciołom za obecność.
Fundacjo, dziękuję, że istniejecie. To wszystko dzięki Wam!