W 2009 r. mój tata zmarł na raka płuc. Chorował ponad 3 lata. Od samego początku czułam się winna, że nie mogę nic zrobić, aby mu pomóc. Po śmierci taty poczułam w sobie chęć zrobienia czegoś dla innych. Chciałam oddawać krew, niestety przez słabo rozwinięte żyły nie mogłam. W 2010 roku zobaczyłam w moim rodzinnym mieście plakat ogłaszający akcję DKMS w jednym ze szpitali. Stwierdziłam, że nic nie tracę, a wręcz mogę zyskać. Kiedy otrzymałam telefon, że mogę być dawcą, popłakałam się ze szczęścia. Nie mogłam doczekać się pierwszego badania krwi. Potem, czekając na telefon z wynikami myślałam, że oszaleję. "Niech juz dzwonią! No już!".
W końcu otrzymałam telefon, że badania potwierdziły zgodność z biorcą. Znowu łzy szczęścia. Nie mogłam się doczekać przyjazdu do kliniki na badania. Potem na pobranie. Wybrano u mnie metodę pobrania przez krew, niestety przez moje żyły nie było możliwe normalne pobranie, tylko przez wkłucie centralne. Bałam się masakrycznie. Dzień przed pobraniem zostało wykonane wkłucie centralne. To nie było przyjemne uczucie, ale co z tego! Przemęczyłam się dobę, oddałam swoje komórki i dałam szansę na życie mojemu genetycznemu bliźniakowi, który okazał się bardzo młodym człowiekiem. Cieszę się, że mogłam pomóc w taki sposób. Teraz towarzyszy mi uczucie spełnienia i wewnętrznej satysfakcji, że udało mi się komuś pomóc.
Nie bójcie się! Rejestracja nic nie boli, a uczucie po telefonie z fundacji jest niesamowite! Naprawdę zachęcam!!