
Kiedy po raz pierwszy zadzwonił do mnie telefon z wiadomością, że jest gdzieś na świecie mój bliźniak genetyczny, który potrzebuje mojej pomocy, pozostałem obojętny. Z początku nie dotarło to do mnie i chyba nie zdawałem sobie sprawy z powagi sytuacji. Ów telefon jednakże sprawił,
iż po jakimś czasie zacząłem o tym bardzo intensywnie myśleć. Powiedziałem o tym mojej mamie, i oświadczyłem, że nadal chcę to zrobić. Telefon zadzwonił ponownie, a ja powiedziałem Pani Kindze, że zgadzam się, i że czekam na dalsze instrukcje. Po jakimś czasie byłem na badaniach
w klasztorze Bonifratrów w Katowicach. Wynik badań zadecydował o „moim dalszym losie”
i w styczniu tego roku byłem w Dreźnie na badaniach, mających na celu ostateczne ustalenie mojej przydatności dla dawcy (tzw. typizacja końcowa). Okazało się, że jestem idealnym dawcą. Pierwsze myśli? Raczej brak myśli, albo milion myśli jednocześnie. Nie wiem już sam. Byłem niesamowicie zaskoczony i czułem się wyróżniony, że to akurat ja mogę ocalić komuś życie, a przecież tak stosunkowo wielu ludzi rejestrowało się, aby zostać dawcą. Pojechałem więc do Drezna raz jeszcze, zostałem podłączony do maszyny, która pobierała komórki macierzyste z mojej krwi. Zabieg był bardzo podobny do zwykłego oddawania krwi, z tą różnicą, że z krwi odseparowywane były komórki macierzyste, a „reszta” wracała z powrotem do układu krwionośnego. Zabieg w moim przypadku trwał ok. 2h. Oczywistą sprawą było osłabienie po zabiegu, ale wystarczył porządny posiłek, godzinka snu, trochę rześkiego powietrza wprost z ulic Drezna i już stałem na nogach :) To tyle, w ogromnym skrócie. Teraz czekam na informację o stanie zdrowia pacjenta.
Michał Kieszkowski