Moja historia z DKMS-em zaczęła się jesienią 2009 roku, kiedy to została zorganizowana akcja dla mojej kuzynki chorej na białaczkę. Kiedy tylko się dowiedziałam o dniu dawcy, bezzwłocznie przyjechałam na akcję i oddałam próbkę krwi. Miałam wówczas taką cichą, ale jakże wielką nadzieję, że to może właśnie ja zostanę wyróżniona i zostanę dawcą szpiku.
Niestety moja krew nie pomogła kuzynce, ale na szczęście znalazła się osoba, która uratowała jej życie (była to kobieta z Niemiec). Jednakże po niespełna roku, dostałam telefon od p. Tomanek z pytaniem, czy nadal wyrażam chęć oddania szpiku i tym samym uratowania komuś życia. Odpowiedź brzmiała jednoznacznie „tak”.
Ale gdy powiedziałam, że 3 miesiące temu urodziłam dziecko, musiałam zostać zablokowana na pół roku w bazie dawców. Cały czas wierzyłam, że po upływie tych miesięcy znów otrzymam telefon z tymże zapytaniem. No i doczekałam się. W styczniu zbadano jeden antygen z wcześniej pobranej krwi. Wynik był pozytywny i czekałam na dalszy rozwój sytuacji. Kolejnym krokiem było oddanie krwi do dalszego badania. Wszystko było tak kompetentnie zorganizowane, że nie kolidowało to z moimi zajęciami na uczelni i sprawami rodzinnymi.
Dalszym etapem był wyjazd do Drezna na „całościowe” już badania. Przyznaję, że troszkę bałam się wyników, ponieważ bardzo chciałam, aby mój stan zdrowia pozwolił pomóc tej „wybranej osobie” i żeby wszystko było ok. Po niecałym tygodniu okazało się, że wkrótce wypełnię swoją misję. Wyjazd był zaplanowany na koniec marca 2011 roku. Mogłam również zabrać ze sobą osobę towarzyszącą i był to mój mąż. A więc razem wyjechaliśmy do Wrocławia i tam czekał już na nas tłumacz (p. Maciek), z którym pojechaliśmy do Drezna. Następnego dnia po śniadaniu o godz. 8.00 pojechaliśmy do kliniki, gdzie oddałam komórki macierzyste z krwi obwodowej. Zabieg był bezbolesny i przyjemny dzięki personelowi kliniki i trwał 4 godziny. Po oddaniu wróciliśmy do hotelu, żeby odpocząć, a potem zwiedzaliśmy Drezno, które naprawdę jest piękne. Po kilku godzinach dostałam wiadomość, że następnego dnia trzeba powtórzyć zabieg, gdyż nie zebrano wystarczającej liczby moich komórek. Wstawiliśmy się następnego dnia na powtórne pobranie, ale trwało to już krócej, bo niecałe 2 godziny.
Wszystko się udało i po zabiegu wyjechaliśmy do Wrocławia. W drodze otrzymałam telefon i powiedziano mi, kim jest mój „genetyczny bliźniak”. Jest nim 47-letni Niemiec. Bardzo się ucieszyłam, że mogłam Mu pomóc i podarować najcenniejszy dar – życie. Dziękuję Bogu, że to właśnie ja zostałam w taki sposób wyróżniona i mam głęboką nadzieję, że choroba „mojego brata” odejdzie w zapomnienie i spotkamy się za 2 lata.
Na koniec chciałam serdecznie podziękować: mojej córeczce Lence (za to, że dzielnie znosiła nieobecność mamy), mężowi za wsparcie, całej rodzinie, p. Tomanek, p. Jastrzębskiej, p. Henrykowi, Maćkowi, całej obsłudze kliniki i wykładowcom z Politechniki Świętokrzyskiej za wyrozumiałość, bo to dzięki Wam Wszystkim ta wspaniała misja została pomyślnie zakończona. Jeszcze raz dziękuję.