
Zapisałam się w maju. Dlaczego? Po prostu. Stwierdziłam, że chcę pomagać i dawać innym to, co mam i będę miała zawsze – siebie. W wirze wakacji zapomniałam o tym, nie czekałam jak inni z niecierpliwością na kartę czy telefon. Po prostu pod koniec sierpnia przyszedł list z fundacji z kartą i wtedy uświadomiłam sobie – jestem potencjalnym dawcą. Nie spodziewałam się, może nawet byłam pewna, że nie będę tą osobą, które mają szanse oddać szpik. Zdziwiłam się bardzo, gdy w słoneczne piątkowe popołudnie dostałam telefon od pana Andrzeja z informacją, że prawdopodobnie mogę zostać dawcą...

Moja historia swój początek miała pod koniec roku 2010 r. kiedy to postanowiłam zarejestrować się on-line w Fundacji DKMS. Po pewnym czasie przyszły pałeczki , ale ja jakoś nie czułam się pewna , na siłach aby od razu odesłać zestaw. Pałeczki przeleżały u mnie 5 miesięcy aż któregoś dnia , spojrzałam na nie i powiedziałam "już czas na Was". Nie wiem dlaczego ale czułam takie wewnętrzne przekonanie , że jak wyślę to niedługo mój telefon zadzwoni z Fundacji. No i wiele się nie myliłam...

Nazywam się Dariusz Górecki mam 33 lata, aktualnie mieszkam w Lublińcu, ale moim rodzinnym miastem jest Chorzów. Moja przygoda z fundacją DKMS rozpoczęła się trochę nieświadomie, kiedy to moja żona, poprosiła mnie abym przyłączył się do grona potencjalnych dawców i razem z nią oddał materiał genetyczny z wewnętrznej strony policzka. Niecałe dwa miesiące później, żona wraz z swoimi przyjaciółmi i zakładem pracy zorganizowała u nas w mieście dzień dawcy, gdzie zarejestrowano około 280 potencjalnych dawców...

Moja historia zaczęła się dość zwyczajnie. Do zarejestrowania się jako potencjalny dawca namówiła mnie moja dziewczyna. Usłyszała o fundacji, zarejestrowała się przez Internet i zamówiła dwa zestawy (deklaracje + pałeczki do wymazu) nic mi o tym nie mówiąc. Gdy przyszły, chciała, abym wypełnił deklarację. Miałem spore wątpliwości, bo słyszałem wiele mitów na ten temat. Jednak Ania mi wszystko wyjaśniła i się zdecydowałem...
17 kwietnia 2011 roku, „Dzień Dawcy Szpiku dla Magdy” zorganizowany w Warce- niewielkiej miejscowości niedaleko Warszawy. Tej właśnie niedzieli moja dziewczyna starała się namówić mnie do zarejestrowania się razem z nią jako potencjalny dawca szpiku kostnego. Na początku nie byłem jakoś bardzo przekonany tym pomysłem, ale koniec końców ruszyliśmy do naszego Centrum Sportu i Rekreacji, aby się zarejestrować. Wypełnienie formularza rejestracyjnego i pobranie krwi do badań nie zajęło nam dużo czasu, a ja byłem coraz bardziej przekonany tym pomysłem i zadowolony, że dałem się jednak namówić na rejestrację.

Pewnego słonecznego dnia idąc z dziećmi przez miasto zobaczyłem wywieszony plakat ze w połowie lipca w mojej miejscowości odbędzie się dzień dawcy szpiku. Czytając ten plakat zacząłem głęboko myśleć czy się zapisać jako potencjalny dawca. Po kilku dniach przemyślenia znalazłem tą odwagę, w głębi serca by jednak podjąć to wyzwanie i dla ratowania życia, poszedłem na pobór krwi. Gdy nadszedł dzień akcji wsiadłem w auto i pojechałem do szpitala się zarejestrować. Przyjęto mnie na badaniu bardzo z wielkim entuzjazmem i zadowoleniem, grupa osób rejestrujących i pielęgniarki były bardzo miłe.

Kiedy moja serdeczna koleżanka zapytała mnie ostatnio, że po co, jak , ale dlaczego, co zdecydowało, że postanowiłam zarejestrować się jako dawca??? to tak naprawdę odpowiedziałam Jej że nie wiem. Być może podjęłam tę decyzję po przeczytaniu biografii cudownego tenora Jose Carrerasa , który również był chory na białaczkę, być może podjęłam tę decyzję kiedy podczas mojej pracy również miałam kontakt z osobami chorymi na raka, być może to, że tak na dobrą sprawę każdego z nas może dotknąć ta choroba. Tak naprawdę dla mnie nie ma znaczenie co było powodem, bo czy musi być jakiś powód by komuś w sposób bezinteresowny ofiarować trochę szczęścia????

Z całego serca zachęcam wszystkich do przyłączenia się do akcji DKMS i zostania potencjalnymi dawcami. Ja właśnie oddałam komórki macierzyste i czuję się tak szczęśliwa i spełniona, jak nigdy. Choć jest już po wszystkim cały czas to bardzo przeżywam i tym żyję. Opowiadam wkoło ludziom i proszę, by poszli w moje ślady. Jestem mamą 3,5-letniej Wiktorii i dając jej życie czułam się tak wyjątkowo, jak teraz, ratując je komuś. To piękne przeżycie, nie do opisania i życzę, by każdy człowiek tego doświadczył. Naprawdę warto.

Moja historia zaczęła się stosunkowo niedawno. Dwa lata temu poszłam do sklepu po zwykłe zakupy. Będąc już przy kasie zobaczyłam, że leżą jakieś ulotki, więc jak zwykle wzięłam jedną, żeby zobaczyć co to za reklama. Okazało się, że jedna z pracownic sieci sklepów, w którym byłam, ma białaczkę i potrzebuje przeszczepu szpiku. Była to ulotka Fundacji DKMS. Przeczytałam ją i zrobiło mi się przykro, ponieważ ta kobieta była młoda, miała chyba około 25 lat i wyrok śmierci. Jak wróciłam do domu zajrzałam na stronę internetową fundacji z ciekawości. Poczytałam trochę i doszłam do wniosku, że skoro jestem zdrowa to dlaczego nie miałabym pomóc komuś, kto może potrzebować mojej pomocy? Chciałam oddać szpik. Zarejestrowałam się przez internet jako potencjalny dawca szpiku, ale nie spodziewałam się, że mogę zostać dawcą. Zwłaszcza tak szybko…

Czy warto pomóc w uratowaniu życia osobie, której nie znamy? Takie pytanie należy sobie zadać, zanim zgłosimy się do fundacji DKMS. Kolejnym pytaniem, które należy sobie zadać: jak dużo wysiłku mogę włożyć w ten proces?
Ja nie miałem potrzeby zadawania sobie tych pytań. Do rejestracji w bazie DKMS Polska namówiła mnie koleżanka Jola Plona. Napisała: “Dobra możliwość-uratować komuś życie”, to mi w zupełności wystarczyło.

Moja historia z Fundacja DKMS była zupełnie przypadkowa. W 2009r. wszedłem przez przypadek na stronę fundacji DKMS Polska. Zacząłem czytać i wgłębiać się w tą akcję. Pomyślałem sobie. Ja ? Dawcą szpiku ? ….. eee to pewnie nierealne. Czytając te wszystkie historie różnych ludzi, pomyślałem, czemu nie, warto spróbować nic nie tracę. A może jest ktoś na świecie, kto będzie potrzebował ”cząstki mnie„ i przez to, co dzień będzie mógł cieszyć się każdym kolejnym dniem.

Moja przygoda z Fundacją DKMS zaczęła się w roku 2010 podczas dni dawcy w Gorzowie Wlkp. Zapisałam się ponieważ jestem przekonana, iż każdy z nas niewielkim wysiłkiem może podarować drugiej osobie to co jest najważniejsze, szanse na dalsze życie. Ta myśl sprawiła, że pełna pozytywnej energii zaczęłam uświadamiać znajomych. Tak to się zaczęło.

Moja przygoda z dawstwem szpiku jest zapewne podobna do wielu innych. U mnie zaczęła się od akcji ”Dzień Dawcy Szpiku dla Natalii” w 2010 roku. Tym większe było moje zdziwienie, kiedy rok później, odbierając połączenie od nieznanego numeru, usłyszałam w telefonie pytanie, jakie zadała mi Pani Magdalena Wilk: ”Czy nadal podtrzymuje Pan gotowość zostania dawcą komórek macierzystych?”. Moja odpowiedź była krótka: ”Tak”. Podczas dalszej rozmowy dowiedziałem się wszystkich szczegółów pobrania i już tydzień później w najbliższej przychodni oddałem próbki krwi do typizacji potwierdzającej.

Mój historia z DMKS zaczęła się już w roku 2008 kiedy to szukałem organizacji która zajmuje się właśnie tą działalnością czyli pobraniem szpiku. Zacząłem poszukiwania w polskiej jednostce transplantologii lecz musiałem się udać do poznania by zapisać się jako dawca co szczerze mówiąc nie było mi po drodze. Wtem któregoś dnia podczas przeszukiwaniu Internetu w poszukiwaniu organizacji która zajmuję się tą działalnością i zapisanie się do niej nie będzie udręką trafiłem na stronę DKMS’u.

Co stało się dla mnie impulsem do zarejestrowania się w bazie dawców? Na białaczkę zachorował pięcioletni kuzyn mojego bliskiego znajomego - właśnie wtedy dowiedziałam się o fundacji. Kiedy poszukiwano dawcy dla chłopca, byłam świeżo po ukończeniu 18 lat, z optymistycznym nastawieniem udałam się więc na organizowaną w Bydgoszczy akcję dla Maksika.

Na studiach oddając krew zapoznałem się z ulotkami informującymi jak ważne są przeszczepy szpiku. Już wtedy chciałem zarejestrować się jako dawca szpiku. Niestety z lenistwa tak się nie stało, lecz na całe szczęście pewnego dnia w mojej pracy pojawiła się miła Pani z DKMS-u. Korzystając z okazji bez wahania zrobiłem to, co już dawano chciałem zrobić - zarejestrowałem się jako dawca szpiku.

W 2009 r. mój tata zmarł na raka płuc. Chorował ponad 3 lata. Od samego początku czułam się winna, że nie mogę nic zrobić, aby mu pomóc. Po śmierci taty poczułam w sobie chęć zrobienia czegoś dla innych. Chciałam oddawać krew, niestety przez słabo rozwinięte żyły nie mogłam.
W 2010 roku zobaczyłam w moim rodzinnym mieście plakat ogłaszający akcję DKMS w jednym ze szpitali. Stwierdziłam, że nic nie tracę, a wręcz mogę zyskać. Kiedy otrzymałam telefon, że mogę być dawcą, popłakałam się ze szczęścia. Nie mogłam doczekać się pierwszego badania krwi. Potem, czekając na telefon z wynikami myślałam, że oszaleję. "Niech juz dzwonią! No już!".

Wszystko zaczęło się za czasów liceum, kiedy to byłem wolontariuszem DKMS-u. Siedziałem w ławce, przyjmując zgłoszenia ludzi, którzy chcieli nieść pomoc innym. Wtedy właśnie pomyślałem: „A co mi szkodzi! Spróbuję. To nic mnie nie kosztuje, a może uratuje czyjeś życie.”
Od tej sytuacji minęło dość sporo czasu, zapomniałem już o takowej akcji. Jednak około 2 lata później dostałem telefon z fundacji, że moja próbka krwi oddana przy rejestracji przeszła pierwszy etap, a mnie proszą o zgłoszenie się na kolejne badania. Byłem w szoku, jak to usłyszałem, nie mogłem uwierzyć, że to akurat ja mogę być tym szczęśliwcem, który ofiarując cząstkę siebie, może uratować komuś życie.

Moja historia z DKMS Polska nie różni się pewnie od pozostałych 69 historii dawców, mimo to chciałam opowiedzieć ją i być może tym samym zachęcić do rejestrowania się w bazie dawców komórek macierzystych.
W Fundacji DKMS Polska zarejestrowałam się wiosną 2010r., razem z bratem wysłaliśmy zgłoszenie na stronie internetowej. Dlaczego to zrobiłam? Nie wiem, to był impuls oraz chęć pomocy. Pamiętam, że na Święta Wielkanocne, zobaczyłam u siostry i szwagra czerwone puzzelki przyczepione do ubrania. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, co one oznaczają, ale pomyślałam, że fajnie byłoby mieć takiego puzzla. Wieczorem wyszukałam w Internecie stronę Fundacji i uważnie przeczytałam wszystko ze szczegółami. Po paru miesiącach otrzymaliśmy z bratem kartę i puzzle.

Moja historia z DKMS-em zaczęła się jesienią 2009 roku, kiedy to została zorganizowana akcja dla mojej kuzynki chorej na białaczkę. Kiedy tylko się dowiedziałam o dniu dawcy, bezzwłocznie przyjechałam na akcję i oddałam próbkę krwi. Miałam wówczas taką cichą, ale jakże wielką nadzieję, że to może właśnie ja zostanę wyróżniona i zostanę dawcą szpiku.

Moja historia z fundacją zaczęła się w lutym 2010 roku, kiedy to w pewnym sklepie ujrzałem ogłoszenie o Dniu Dawcy dla Natalii chorej na białaczkę. Bez zastanowienia wraz z przyjaciółmi poszliśmy do DPS-u w Pelplinie. Oddając krew do badań i rejestrując się, z niecierpliwością czekałem na dzień, w którym otrzymam kartę i Puzzel. Od tego czasu rozpoczęło się nieustanne czekanie na telefon z fundacji. Mijały dni, miesiąc za miesiącem, jednak telefon milczał. Nastał listopad - miesiąc, w którym otrzymałem tę ważną wiadomość.

Zarejestrowałam się razem z mężem w 2009 r. przez internet.
W marcu tego roku otrzymałam pierwszy telefon z Fundacji, że wytypowano mnie na potencjalnego dawcę. Potwierdziłam, że nie wycofuję sie z wcześniej podjętej decyzji.
W kwietniu najpierw przesłano próbkę mojej krwi do badań. Wiedziałam, że jest jeszcze jedna osoba wytypowana jako dawca. Trzymałam cały czas kciuki, żeby wybrano mnie. I udało się.

W bazie dawców szpiku kostnego zarejestrowałam się na przełomie sierpnia/września 2010 roku. Decyzję tę podjęłam świadomie, licząc na to, że nadejdzie kiedyś dzień, w którym będę mogła uratować komuś życie.
Nie musiałam nawet na to czekać latami, gdyż już na początku stycznia 2011 odebrałam telefon z Fundacji. Pani Magda Wilk telefonowała z pytaniem, czy nadal wyrażam chęć pomocy osobie chorej na białaczkę i czy jestem gotowa oddać szpik mojemu „genetycznemu bliźniakowi”. Moja odpowiedź mogła być tylko jedna - stanowcze i radosne TAK.

Pewnego zimowego dnia z grupką znajomych udałam się na Dzień Dawcy organizowany we Lwówku Śląskim. O całej akcji dowiedziałam się przypadkiem i moja decyzja była dość spontaniczna. Wiedziałam jednak, że chcę zostać potencjalnym dawcą szpiku i w tym celu oddałam niewielką ilość krwi. Nie sądziłam wtedy, że ta decyzja tak wpłynie na moje życie…

Decyzja o byciu dawcą podjęłam, podczas akcji DKMS w poliklinice w Koszalinie. Moja decyzja była związana z tym, że mój brat zmarł na białaczkę. Od rejestracji minął ponad rok, gdy w listopadzie 2010 r. pani Kinga z DKMS zadzwoniła do mnie z wiadomością, że mogę zostać dawcą i że to jest bardzo pilne i czy nadal wyrażam zgodę na pobór komórek macierzystych. Oczywiście zgodziłam się mimo tego, że badania miały odbyć się za 3 dni w Warszawie.

Nie wiedząc co ten skrót oznacza, 20.01.2010r. zgłosiłam się jako potencjalny dawca szpiku podczas akcji organizowanej przez mojego pracodawcę i DKMS. Osoby, która była inicjatorem tej akcji niestety nie ma już wśród nas…. Działając pod wpływem impulsu, z myślą, że dobrze mieć poczucie, że można zrobić coś dobrego poszłam oddać próbkę krwi. Jak zwykle u mnie były problemy z tym pobraniem, ale po kolejnej próbie udało się i „nakapała” odpowiednia ilość krwi. Z dobrym samopoczuciem wróciłam do pracy i zapomniałam… zapomniałam co to oznacza, że moja decyzja może dla Kogoś oznaczać szansę na życie.

"RAZ SIE ŻYJE"- to moje motto, które jest ze mną od momentu, kiedy sięgam pamięcią!!! Myślę, że korzystanie z życia i jego uroków jest jak najbardziej pozytywne:-). Po przyłączeniu się do DKMS stwierdziłem, że jest ono pozytywne w podwójnym znaczeniu!!!

Moja przygoda z DKMS Polska zaczęła się rok temu, 17 listopada podczas Dnia Dawców Szpiku Kostnego organizowanego przez WSB w Nowym Sączu. O akcji dowiedziałam się z plakatu, który zamieszczony był w miejskim autobusie. Pomyślałam sobie: „czemu nie...?!" Moja decyzja była bardzo spontaniczna. Do końca nie zdawałam sobie sprawy, że będę dawcą szpiku kostnego. Pobrano ode mnie próbkę krwi, a 3 miesiące później dostałam oficjalne potwierdzenie uczestnictwa.

Witam wszystkich zainteresowanych oddaniem szpiku, a na pewno tak jest skoro znaleźliście się w rejestrze Fundacji DKMS. Jestem Waldek, mam 27 lat. Moja historia rozpoczęła się od akcji w Wejherowie, gdzie szukano dawcy dla małego Kubusia. Szczerze powiedziawszy, nie bardzo się tym interesowałem, ale przekonała mnie moja dziewczyna, trochę postaliśmy w długiej, a nawet bardzo długiej kolejce.

Moja przygoda z DKMS jest bardzo podobna do historii wielu dawców, którzy należą już teraz do tego bardzo pożytecznego stowarzyszenia. Z racji tego, że jestem krwiodawcą o możliwości oddania szpiku kostnego wiedziałem od dawna. Jak to zwykle bywa pracą zawodową i inne nie wyjaśnione okoliczności odwodziły w czasie moje zgłoszenie się do programu.

W grudniu 2009 w Dzień Dobry TVN oglądam program z Panią Kingą Dubicką i dawcą. Postanawiam tez oddać szpik, a wiec wchodzę na stronę www.dkms.pl i zapisuję się jako potencjalny dawca. Dostaje po około tygodniu pałeczki do wymazu i po jednym dniu odsyłam je z powrotem. Czekam na wiadomość, co dalej…. W styczniu 2010 dostaje wiadomość, że mam iść na badanie krwi do Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa w Poznaniu.

Środa. Ciepłe marcowe popołudnie. Na mojej uczelni usłyszałem wraz ze znajomymi, że na drugiej sądeckiej uczelni można się zarejestrować jako dawca szpiku. Spontanicznie zdecydowaliśmy się udać we właściwe miejsce podstawionym autobusem. Potem miła dziewczyna spisała moje dane, oddałem 5 ml krwi i udałem się z powrotem na PWSZ. Początkowo, przez nadmiar spontaniczności, nie zdawałem sobie sprawy z tego, w jakim przedsięwzięciu uczestniczę. Dopiero gdy otrzymałem potwierdzenie z DKMS o dokonanej rejestracji, zacząłem sobie uświadamiać, że być może jest ktoś komu będę mógł pomóc.

O Fundacji DKMS dowiedziałem się z mediów ponad rok temu, podczas akcji dla młodej studentki z Katowic – Anny Seweryn. Razem z żoną i 3-miesięcznym wówczas synkiem ustawiliśmy się w długiej kolejce, aby oddać krew. Dzięki życzliwości ludzi nie czekaliśmy długo.

Niesamowitym cudem jest móc żyć… Ja teraz żyje ze świadomością, że cząstka mnie uratowała drugiego człowieka… I może to dziwnie zabrzmi, ale czuje, jakbym miał brata bliźniaka, w dodatku Polaka.

Moja historia z Fundacją DKMS Polska zaczęła się przeszło rok temu, a dokładnie 8 czerwca 2009 roku. Usłyszałem wtedy w mediach o poszukiwaniu dawcy szpiku kostnego dla Anny Seweryn, zaledwie 22-letniej studentki z Katowic. Razem z żoną postanowiliśmy, że zgłosimy się na wstępne badania. Myśleliśmy wtedy tylko o tym, aby dać komuś szansę na powrót do normalnego życia. Jak się szybko okazało, znalezienie genetycznego bliźniaka wcale nie było taką łatwą sprawą. Niestety, wśród prawie 13 milionów ochotników zarejestrowanych w światowej bazie dawców nie było tego jedynego, który mógłby pomóc Ani.

Witam, Dziękuję za pomoc i wsparcie wszystkim zaangażowanym osobom z Fundacji DKMS. W szczególności pragnę podziękować pani Kindze Dubickiej i Zosi Olszewskiej za wielkie serce i nieocenioną pomoc oraz opiekę w trakcie badań, przed i po oddaniu komórek macierzystych.

Szczęście... Co to jest szczęście...? Czym jest szczęście...? Jedni powiedzą, że szczęście to wspaniała rodzina, inni, że odlotowy samochód, a jeszcze inni, że wielki dom z ogrodem. I można by tutaj wymieniać jeszcze wiele pomysłów na szczęście, ale mi przytrafiło się coś całkowicie odmiennego i cudownego - miałem szczęście jako zwykły, szary człowiek uratować namacalnie komuś życie. A jak?

„Idź przez życie tak, aby ślady Twoich stóp, przetrwały Cię...” - To zasłyszane kiedyś motto utkwiło mi gdzieś głeboko w moim sercu. Pragnieniem serca chciałam go spróbować zrealizować w swoim życiu. Ale rodziło się ciągłe pytanie: ”jak i czy podołam?”

Moja historia z dawstwem szpiku rozpoczęła się w maju 2009 roku od rozmowy z koleżanką z akademika na temat oddawania szpiku. Po rozmowie znalazłam informację na temat Fundacji DKMS w jednej z gazet, a następnie wypełniłam formularz on - line. Po niespełna dwóch tygodniach otrzymałam kopertę z pałeczkami, zrobiłam wszystko zgodnie z „instrukcją obsługi” i odesłałam kopertę. Wiedziałam, że na zostanie faktycznym dawcą są nikłe szanse. Nie przypuszczałam wtedy, że kiedykolwiek zadzwoni do mnie ktoś z taką nowiną…

Do bazy danych Fundacji DKMS Polska zapisałem się razem z żoną Olą i 1758 innych osób podczas dnia dawcy organizowanego na rzecz Pani Joanny z Koszalina we wrześniu 2009 r. W późniejszym czasie dość dużo czytałem na ten temat i byłem w pełni świadomy na co się piszę.

Moja przygoda z Fundacją DKMS zaczęła się 8 czerwca 2009 r. kiedy poszukiwano dawcy szpiku kostnego dla 22 letniej Ani Seweryn. Buntowałam się, że tak młoda osoba, która może być moją córką zachorowała. Zgłosiłam się, żeby dać jej szansę i nadzieję, której nie można drugiemu człowiekowi odbierać. I tak na mojej uczelni Akademii Ekonomicznej w Katowicach zostałam zapisana do Banku Dawców. Na moją decyzję wpłynął także fakt, że na białaczkę zmarła moja 8 letnia siostra. Był wtedy rok 1964 i nie było takich możliwości jak obecnie. Chorowała 5 miesięcy a ja dalej za nią tęsknię.

Moja historia "Jak zostałam dawcą?“ jest dość krótka i pewnie mało oryginalna. Otóż nawet nie jestem pewna czy informację o DKMSie zobaczyłam w telewizji czy też w jakiejś prasie, ale na pewno od razu zapisałam sobie adres strony. Myślę, że tego samego dnia w internecie przeczytałam o Fundacji i wiele się nie zastanawiając (a właściwie od razu bez namysłu) poprosiłam o przesłanie kilku formularzy rejestracyjnych.

Chciałabym Wam opisać jak zaczęło się moje przeżycie i ile strachu kosztowało mnie oddanie szpiku i co skłoniło mnie, żeby Go oddać.

Kiedy po raz pierwszy zadzwonił do mnie telefon z wiadomością, że jest gdzieś na świecie mój bliźniak genetyczny, który potrzebuje mojej pomocy, pozostałem obojętny. Z początku nie dotarło to do mnie i chyba nie zdawałem sobie sprawy z powagi sytuacji. Ów telefon jednakże sprawił, iż po jakimś czasie zacząłem o tym bardzo intensywnie myśleć. Powiedziałem o tym mojej mamie, i oświadczyłem, że nadal chcę to zrobić.

Moja przygoda z fundacją DKMS zaczęła się dzięki mojej dziewczynie, która zarejestrowała się przez stronę jako dawca i zachęciła również do tego mnie. Opowiedziała mi jak łatwo można stać się potencjalnym dawcą. Pomyślałem sobie, zarejestruję się, przecież mogę uratować komuś życie.

Moja historia bycia dawcą zaczęła się w czerwcu 2009 r. Podczas Dnia Dawcy zorganizowanego w mojej miejscowości zgłosiłam swoją chęć ratowania życia. Nie spodziewałam się, że to wszystko odbędzie się w tak krótkim czasie. Po dwóch miesiącach otrzymałam telefon z informacją, że jestem genetycznym bliźniakiem osoby chorej na białaczkę.

Moment w moim życiu, w którym należało podjąć jedyną i właściwą decyzję pojawił się znienacka. Po kilku miesiącach od rejestracji w bazie potencjalnych dawców szpiku, do której początkowo podchodziłem z całkowitą obojętnością, otrzymałem wiadomość, iż jest szansa na uratowanie komuś życia.

Moja historia z dawstwem szpiku kostnego zaczyna się na początku maja w Kielcach, gdzie zarejestrowałam się, jako potencjalny dawca. Po około dwóch miesiącach odebrałam telefon z wiadomością, że jestem „genetycznym bliźniakiem” osoby chorej na białaczkę, dla której jedynym ratunkiem jest przeszczep szpiku kostnego.