DKMS Logo

Beitrag drucken

Kochani Dawcy!

 

Zwykle poznajecie historię kolejnego Dawcy, który oddał swoje komórki macierzyste, bądź szpik, dając komuś gdzieś w Polsce albo na Świecie, nadzieję na to, co najważniejsze - na życie! Dziś w tym szczególnym dla nas dniu, kiedy kończymy dwa lata, dzielimy się z Wami historią Pacjenta, któremu szansę na nowe życie dał jeden z naszych Dawców, jeden z Was! Możecie sami przekonać się, jak ważne jest to, że podjęliście decyzję o rejestracji, a w konsekwencji o gotowości do oddania cząstki siebie i dania nadziei na nowe życie tym, którzy potrzebują tego najbardziej - Pacjentom chorym na białaczkę. Jesteście wspaniałymi Ludźmi, dziękujemy Wam za to z całego serca w imieniu Pacjentów oraz własnym. Dla nas ten list jest również bardzo ważny, ponieważ pokazuje sens naszej pracy, jak również pracy tysięcy bezimiennych wolontariuszy, pań pielęgniarek, lokalnych organizatorów, słowem wszystkich, którzy przyczyniają się do ratowania życia ludzkiego.

 

Dziękujemy!   Zespół Fundacji DKMS Polska

 

 

 

List od Pacjenta

 

Witaj Dobrodzieju!

 

Wiem, że to trwało i jest mi przykro, że kazałem Ci tyle czekać na odpowiedź. Jednak, to wszystko ci się działo, miało dla mnie ogromne znaczenie i potrzebowałem tego czasu – by sobie wszystko poukładać i pisać jako osoba zrównoważona emocjonalnie. Teraz widzę, że tak naprawdę nigdy nie pojmę do końca tego faktu… faktu, że ktoś ofiarował mi życie, zupełnie bezinteresownie. Mogę być tylko wdzięczny.

 

O swojej chorobie dowiedziałem się w listopadzie zeszłego roku. Podejrzenia wynikły nieco wcześniej i wychodzi na to, że było to mniej więcej wtedy, kiedy zapisałeś się do DKMS. Niesamowite, że ratunek dla mnie znalazł się dokładnie w momencie, gdy znalazłem się w tarapatach. Moja choroba, czyli MDS, ma to do siebie, że nie wykańcza od razu. Ewoluuje w ostrą białaczkę szpikową, ale po jakimś czasie. Można sobie żyć spokojnie nawet kilka lat od wykrycia MDS. Można też zaryzykować i zdecydować się na przeszczep od razu. Ja nie miałem wątpliwości. Chciałem się leczyć natychmiast, mając w pamięci moją nieżyjącą matkę, która przegrała walkę z białaczką. Jedyną formą leczenia był dla mnie przeszczep. Pamiętam te dni niepewności – w końcu powiedziano nam, że znaleźć dawcę, to znaczy wygrać w loterii. Gdy okazało się, że szpik się znalazł, podpisywałem bez czytania wszystkie papiery, które mi podsuwano pod nos. Wiedziałem, że mogę nie wrócić, ale wiedziałem też, że czekanie nie ma sensu.

 

Moje nastawienie zmieniło dopiero kiedy tam wszedłem. Zobaczyłem ludzi walczących o życie i jedyne co czułem to paniczny strach. Przechodząc na oddział przeszczepowy, czując, że mogę już nie wyjść, pragnąłem samotności. Zmieniłem jednak zdanie, kiedy zaczęło dziać się źle – chemia dała o sobie znać. Praktycznie do przeszczepu trzymałem się dobrze, potem rozpoczął się ten koszmar. Zakażenie organizmu i pobity rekord szpitala w CRP. W takim stanie, już nie ma szans na przeżycie, można liczyć tylko na cud. Naćpany morfiną. Prawie bez świadomości tego co się dzieje, czekałem na najgorsze. Nie doczekałem się Od tamtej pory wszystko działo się szybko; dializy, potem nagła poprawa no i sporo niedogodności przy zbieraniu się toksyn w kończynach. W końcu mogłem przejść na oddział otwarty. Poleżałem jakiś czas męczony wirusami i wyszedłem z domu. Długo się jednak nie cieszyłem wolnością, bo po chemii wysiadła mi nerka(jedyna po operacji kilka lat wcześniej) i przez te dwa dni w domu nabrałem około 8 kg wody. Nikt nie wiedział co się dzieje, więc mój brzuch został potraktowany skalpelem, a następnie dostałem dwa dreny odprowadzające płyn z otrzewnej. Przeleżałem przykuty do łóżka jeszcze dwa miesiące, walcząc o każdy kęs z wirusem, który nie dawał mi spojrzeć na jedzenie, skutkiem czego schudłem 25 kilo Mało mnie to obchodziło wobec piękna perspektywy wyjścia do domu.

 

No i stało się. Od 23 sierpnia jestem stale w domu, do szpitala jeżdżę już tylko na badania kontrolne, narządy podjęły pracę a Twój szpik doładowany erytropoetyną wywindował mi hemoglobinę na 12,5! Oczywiście nadal muszę przestrzegać zasad poprzeszczepowych, ale życie powoli zaczyna przybierać dawne kształty, wszystko wygląda dobrze. Po nowym roku zacznę serię szczepień , które mają mnie finalnie przystosować do powrotu między ludzi. Już teraz spotykam się od czasu do czasu z przyjaciółmi, jeśli są zdrowi. Udało mi się uratować rok poprzedni, a aktualnie jadę na nauczaniu indywidualnym. Planując powrót do szkoły w 3 klasie.

 

Jeśli chodzi o mnie, to 18 lat kończę 4 marca, nie maja, widać ktoś strzelił pomyłkę. Jestem z (…), tutaj tez chodzę do ogólniaka i co ciekawe swoją przyszłość również kierowałem na tory informatyczne, zgodnie z profilem, ale zderzając się z matmą w bardziej wymagającej formie, powiedziałem sobie: to nie to, mimo, iż daję sobie z nią radę. Dużo lepiej czuję się w przedmiotach „luźnych”, w ogóle dużo czytam i lubię się rozpisywać nad różnymi kwestiami, tak więc zostanę dziennikarzem. Informatyka w tym zawodzie też jest potrzebna, więc upiekę dwie pieczenie. Moją główną siłą do życia jest muzyka. Postrzegam Świat uszami i gram na wszystkim co wpadnie mi w ręce, a przede wszystkim na wspaniałym wiośle Ibaneza, które sprezentowała mi fundacja. Mam Marzenie. Na wiosnę planuję zacząć próby z własnym zespołem, tym razem jako basista. Teraz o nas. Jesteśmy rodzinką pięcioosobową czyli: ja, tata – górnik, moja druga mama, dzierżąca obowiązki gospodarza i pani domu oraz moich dwóch młodszych, przyrodnich braci. Każde z nas ma swoje pasje, ale wszyscy są dodatkowo nakręceni muzyką. Jak w każdej rodzinie mamy wzloty i upadki, ale zawsze staramy się wspierać i w przypadku tych wydarzeń, związanych z moją chorobą, zdaliśmy egzamin wspaniale.

Dostałem niesamowite wsparcie, rodzice byli ze mną przez cały czas i trudno opisać to, jak wiele im zawdzięczam. W ogóle te wydarzenia były dla nas wszystkich owocne i dały nam wiele do myślenia, gdyż nauczyliśmy się pokory i szacunku do życia, zdrowia. Otrzymaliśmy wspaniałą pomoc od innych ludzi, trudno nawet zliczyć ile osób, słysząc, że potrzebuję krwi, pojechało ją natychmiast oddawać. Ja osobiście uwierzyłem na nowo w ludzi. Owszem, były osoby, które się odwróciły, ale jest kilkoro tych, którzy byli i są ze mną. Ludzie których śmiem nazywać przyjaciółmi.

A komu zawdzięczam najwięcej? Kiedy pomyślę o tym, że w ogóle nie byłoby tego listu, nie było by mnie tu i teraz gdyby nie Ty… tak mi ogromnie szkoda, że musimy jeszcze czekać, zanim będziemy mogli się poznać i tak mi przykro, że kazałem Ci czekać tyle czasu na odpowiedź. To już ponad pół roku. Zdaję mi się, że trwało to o wiele krócej. Od momentu, gdy wyszedłem do domu czas leci mi bardzo szybko. To zabawne, ale mam ten sam problem co Ty, bo nie potrafię wypunktować tego co chcę o Tobie wiedzieć. Jest jedno pytanie, które nurtuje mnie najbardziej: co czuje człowiek, który jest dosłownie dawcą życia dla drugiego człowieka? Werter pragnął choć przez chwilę poczuć się jak Bóg , Tobie się to w pewnym sensie udało. To musi być wspaniałe uczucie. Jestem dumny, że to akurat mi pomogłeś w ten sposób i w tym momencie klawiatura przestaje być mi użyteczna, bo nie potrafię żadnym słowem wyrazić swojej wdzięczności. To zjawisko należy do tych. Których nie ogarnia się umysłem. To się czuje, tą częścią naszego jestestwa, która odróżnia nas od zwierząt.

 

Ogromnie się cieszę, że jesteś szczęśliwym człowiekiem, że masz dla kogo żyć i pragniesz pomagać innym. To wspaniałe, że tacy ludzie istnieją. Napisałeś, że namawiasz swoich znajomych do podobnych ofiar i to też jest ważne. Jest ogromna ilość potrzebujących. Walka o życie się nie kończy i dopóki są ludzie tacy jak Ty, dopóty jest nadzieja. Wiesz, w miejscu, gdzie nawet ściany płaczą, ludzie się bardzo zżywają. Było mi dane leżeć na Sali z dwoma chłopakami w podobnym wieku. Mieliśmy na siebie duży wpływ, różne choroby, ale podobne szanse. Mi się udało. Im niestety nie. Tam cały czas ludzie walczą, z różnym skutkiem. Ale ważne jest, żeby w ogóle mieli szansę tę walkę podjąć. I jak powiedziałeś, najważniejsza jest wiara. Psychika w tych sprawach ma pierwszorzędne znaczenie. Nawet kiedy nie ma już nadzieji w leczeniu, pozostaje nadzieja w Bogu. O moje wyzdrowienie modliły się rzesze. Nie jestem w stanie nawet zliczyć mszy i modlitw ludzi, których nawet nie znam. Po swoim przypadku mogę stwierdzić jedno: cuda się zdarzają. Dlatego warto o nie walczyć. Jest jeszcze wiele pięknych rzeczy, którymi chciałbym się z Tobą podzielić i wiem, że Ty również wiele masz mi do powiedzenia. Ale musimy z tym zaczekać do tego pięknego dnia, w którym się poznanym. Mam nadzieję, że ten list dojdzie do ciebie szybko, byś wiedział, że i ja jestem w tych Świątecznych z Tobą.

 

Muszę wyznać, że próbowałem usilnie na podstawie szczątkowych danych, zawartych przez Ciebie w liście, ustalić Twoją tożsamość ( głównie na podstawie osiągnięć starszej córki) ale po kilku nieudanych próbach poddałem się. Świat jest spory i jest sporo dziewczynek, które zajęły 4 miejsca w regionalnych konkursach tanecznych i posiadają Golden Retrievera W ogóle, kiedy czytam już po raz setny z kolei list od Ciebie, to dochodzę do wniosku, że jesteście rodziną naprawdę otwartą na pomoc innym (zajęcie żony) i tym bardziej się cieszę. To prawda, że nie możemy być gorsi od Niemców, zwłaszcza jeśli taki dar wymaga od nas wiele, biorąc pod uwagę to co zyskujemy.

Pisząc ten list słucham Led Zeppelin i właśnie zaczęło się Stairway to Heaven. Był taki czas na oddziale, kiedy umierałem, że prosiłem tatę, by włączył mi tą piosenkę i płakałem słuchając. To były chwile, kiedy wiedziałem, że nie przeżyję i w ten sposób godziłem się ze swoim losem. Był taki moment, mogę to śmiało powiedzieć, że byłem gotowy na śmierć. Czułem, że się tak rozklejam, ale czuję, że jesteś mi na tyle bliski, że nie mam się czego wstydzić. Nie przed człowiekiem, który uratował mi życie. Dziękuję Ci.

 

Pozdrawiam gorąco Ciebie i całą Twoją rodzinę. Reszta jest na dole i nie pokaże im tego listu, ale oni Was też pozdrawiają. Przeżyjcie te Święta szczęśliwie i niech ten Nowy Rok będzie dla Was jeszcze lepszy niż poprzedni.