Historia Dawcy

Agnieszka Rączka - historia Dawczyni komórek macierzystych

15 Luty 2020

Moja historia w DKMS zaczęła się wiele lat temu. Już sama nie pamiętam, przy jakiej okazji, ale w 2011 roku zamówiłam pakiet rejestracyjny. Szybko odesłałam go na adres fundacji i zapomniałam o sprawie. Od czasu do czasu widywałam w social mediach historie dawców, otrzymywałam pocztą broszury informacyjne, widywałam eventy, w których można było zarejestrować się do bazy. Ale poza tym zupełnie o mojej rejestracji zapomniałam.
Wszystko zmieniło się w październiku. W pracy zadzwonił mój telefon. Historia jakich wiele - nieznany numer - zapewne ktoś chce mi sprzedać odkurzacz lub zestaw garnków. Nie odebrałam. Ale sprawdziłam maila. Czekała na mnie wiadomość, że znaleziono osobę, która być może potrzebuje mojej pomocy. Oczywiście tym razem oddzwoniłam od razu.
 
Potem poszło szybko - kilka oddanych fiolek krwi i badania potwierdzające zgodność. Po paru tygodniach dostałam potwierdzenie. Wszystko się zgadza, mogę uratować komuś życie! Oczywiście nie wahałam się ani chwili - nawet wtedy, kiedy w związku z moim adresem zameldowania na badania miałam się udać do innego, nieco oddalonego od mojego miejsca zamieszkania miasta. Na szczęście udało się załatwić wszystkie formalności i przenieść badania tak, by były one wykonane w mieście, w którym mieszkam. Po potwierdzeniu zgodności, już w szpitalu przebadano mnie na wskroś - prześwietlenia, USG, EKG (pierwszy raz w życiu!), osiemnaście fiolek krwi.. ;) Nie było to dla mnie żadnym problemem, nie boję się igieł, a wszystkie wyniki na szczęście były dobre.
 
Dostałam pakiet zastrzyków z czynnikiem wzrostu i czekałam na wyznaczoną datę zabiegu. Niestety, kilka dni przed pobraniem kolejny telefon - biorca złapał infekcję. Zabieg musi zostać przełożony, mam nie robić sobie zastrzyków i czekać na dalsze informacje. Nie ukrywam, było mi przykro, miałam nadzieję, że jeszcze w 2019 uda mi się podarować komuś taki wspaniały prezent. Niestety, musiałam czekać. Na szczęście nie trwało to długo - po kilku tygodniach telefon zadzwonił ponownie. Ponownie miałam stawić się na badania krwi (tak, kolejny raz milion fiolek ;) i nowy termin pobrania. Tym razem zaczęło się od zastrzyków. Osobiście wspominam je gorzej niż sam zabieg. O ile dwa pierwsze dni były znośne, czułam się w zasadzie normalnie, to kolejne dwa, tuż przed pobraniem, były już dla mnie bardzo trudne. Osłabienie, ból mięśni zbliżone do zakwasów, lekka gorączka.. Nie było łatwo, ale co to za problem w porównaniu do tego, co przeżywają osoby cierpiące na nowotwory… Weekend spędziłam więc w łóżku, a w poniedziałek rano pojechałam na oddział.
 
Ponownie badania, (tak, kolejne fiolki :) i siadam na fotelu. Nie mam problemu z igłami, ale trochę mnie przestraszył ten gruby wenflon… Na szczęście proces wkłucia przebiegł niemal bezboleśnie, przemiłe panie pielęgniarki objaśniły mi cały proces i zabieg się zaczął. Pierwsze godziny minęły spokojnie, z Netflixem i muzyką, ostatnie kilkadziesiąt minut za to ciągnęło się w nieskończoność. Panie pielęgniarki były przez całe 4 godziny (tyle to trwało u mnie) bardzo pomocne: wkładały mi do ucha słuchawki, dbały o to, by było mi wygodnie, robiły zdjęcia i odłączyły mnie na moment od aparatury, bym mogła skorzystać z toalety. Po wszystkim musiałam czekać na wyniki: czy wszystko poszło dobrze, czy jest konieczność przychodzenia po raz kolejny. Poszłam więc na kawę, a przed wyjściem dostałam legitymację i odznakę dawcy.
 
Łzy same płynęły mi z oczu - czyli naprawdę to zrobiłam! Po chwili wróciłam na oddział - okazało się, że wszystko poszło w porządku i udało się pobrać potrzebną ilość komórek pierwszego dnia. Wróciłam więc do mieszkania na piechotę, była piękna pogoda. Napisałam do rodziców, chłopaka i bliskich, by dać im znać, że wszystko poszło dobrze. Po emocjach i kilku godzinach na fotelu byłam głodna - kupiłam więc coś na wynos i zmierzałam dalej do domu, kiedy zadzwonił telefon.
 
To informacja z fundacji - najpierw pytania: czy wszystko dobrze, jak przeszłam zabieg, jak się czuję. Po chwili dowiaduję się jednak (w mojej opinii) najważniejszego: kim jest biorca. Już wiem, że to kobieta z Polski. Łzy znów płyną, nie umiem ich powstrzymać. Być może dzięki mnie jakieś dzieci nie stracą mamy? Popołudnie spędziłam na spacerze z psem, a potem zaczęłam odczuwać zmęczenie - dałam sobie czas na sen i odpoczynek. Czułam się bardzo osłabiona, ale szybko wróciłam do formy.  Aktualnie cały czas czekam na informacje o stanie zdrowia pacjentki - trzymam kciuki, by przeszczep przebiegł pomyślnie i by wróciła do pełni zdrowia. Liczę, że kiedyś się spotkamy! :) Wiele osób mówi mi, że podziwia to, że zdecydowałam się na bycie dawcą, że są dumni i że jestem bardzo odważna. Ale ja jestem pewna, że każdy zrobiłby na moim miejscu to samo. Cieszę się, że mogłam pomóc i nie zawaham się, by zrobić to ponownie.

To uczucie, że dzięki mnie ktoś ma szansę żyć jest najcenniejsze i nie do podrobienia.

Zachęcam Was do rejestracji - poczujcie to i Wy!