Angela Wasiak

25 Październik 2013

"Nic naprawdę cennego nie bierze się z ambicji czy też z samego poczucia obowiązku; to, co cenne, rodzi się z miłości i poświęcenia dla innych ludzi." - Albert Einstein


Moja historia z DKMS zaczęła się pewnie równie zwyczajnie jak większość z Was. Mój motyw działania był nieco inny. Pewnego grudniowego dnia w 2011 wracałam autobusem z pracy i zobaczyłam baner reklamujący fundację. Pamiętam Nergala z wielkimi patyczkami. Myślę Nergal, to pewnie fundacja DKMS walczy z białaczką, ale po co mu te wielkie patyki w ręce? Wróciłam do domu i od razu weszłam na stronę, wystarczyła mi wiadomość, że wszystko wysyłają do domu itd, więc bach i się zarejestrowałam.

W momencie rejestracji zaczęłam się modlić, by znalazł się ktoś, komu mogłabym pomóc. Wręcz desperacko


Dlaczego? Dlatego, że jako mała dziewczynka straciłam tatę, który zmarł na raka mózgu. A ja nie mogłam mu pomóc. Nikt nie mógł pomóc, bo guz był nie operacyjny, ale nie mogłam oddać ani krwi, ani nic. Po zarejestrowaniu w DKMS pomyślałam sobie: " Tato jak nie Tobie, to może uda się pomóc komuś innemu".


I ten dzień nadszedł w sierpniu 2012 roku, gdy odczytałam maila: znalazł się potencjalny biorca, chory na białaczkę, czy podtrzymujesz swoją decyzję? Stałam i płakałam. Nogi się pode mną ugięły. Wszystkie demony przeszłości wróciły. Pomyślałam sobie: cholera, czemu ktoś musi być chory na taką okropną chorobę, dlaczego jego bliscy muszą przechodzić przez to samo co ja. Byłam zła na cały świat, za to, że ludzie muszą cierpieć. Ale w głębi serca zaczęła budzić się iskra, serce waliło mi jak młotem, aż w końcu dotarło to do mnie jak krzyk: MOŻESZ KOMUŚ POMÓC, KTOŚ MOŻE WYZDROWIEĆ!


Złapałam za telefon i zaczęłam dzwonić do fundacji, bo ręce mi się za bardzo trzęsły by odpisać na maila. Nie napiszę Wam o czym rozmawiałam z panią z fundacji, bo nie pamiętam, powtarzałam tylko TAK! ZGADZAM SIĘ! TAK!, tak wszystko jedno mi jaka to będzie metoda pobrania, tak będę 3 miesiące na siebie uważać, tak, nie zajdę w ciążę ani nie będę miała pobieranej krwi. Serce waliło mi jak młotem jeszcze przez jakiś miesiąc, moi bliscy byli w szoku, ale powiedziałam: nic i nikt nie zmieni mojej decyzji, jeżeli ktoś mnie potrzebuje to jest to moim obowiązkiem by stanąć na wysokości zadania. Później dostałam skierowanie na pierwsze badania na Banacha.


Wierzycie w znaki? Bo ja nie wierzyłam, do momentu historii z DKMS. Normalnie badania na Banacha są wykonywane na poziome -1, w banku komórek macierzystych, ja miałam takie szczęście, że w momencie wysłania mnie na badania, ten bank był zamknięty na 2 tygodnie i wysłano mnie na neurochirurgie, gdzie 13 lat temu leżał i odszedł mój tata. Byłam w szoku jak czytałam maila od fundacji gdzie mam się udać. Wiedziałam, że to będzie bardzo to dla mnie trudne, bo szpital Banacha omijam łukiem, ale nie tylko przez tatę, ale i moich kochanych dziadków też tam straciłam.


Ale dzięki wsparciu mi bliskiej osoby udało się, pojechałam, oddałam krew. Wychodząc z oddziału ugięły się pode mną nogi, ale udało się, pomyślałam, że to może mój nowy początek z tym szpitalem, moja osobista historia, która tym razem skończy się dobrze. Po badaniach dostałam maila, że wszystko oki i czekamy. Czekałam tak długo, że aż w listopadzie dostałam list od fundacji o treści: dziękujemy za Twoją gotowość, wybraliśmy kogoś innego. Myślę trudno, oby ten inny dawca pomógł, oby nasz chory wyzdrowiał. Wróciłam do normalności, myśląc co jakiś czas jak się chory miewa. Aż tu nagle 4 stycznia 2013 roku dostaję telefon od Zuzi Jastrzębskiej, że poprzedni dawca nie przeszedł badań i czy nadal chcę pomóc? Łzy mi poleciały ciurkiem, mój chłopak nie wiedział co się dzieje, a mi się udało wydusić z siebie: tak! oczywiście, że tak! Powiem Wam szczerze, że styczeń mam wyjęty z życia, tak mi czas szybko leciał. Odliczałam dni do zabiegu, najpierw jeszcze stresik przy pierwszych badaniach na Banacha, tym razem na -1 , ale wszystko się udało! W głowie mi huczało: POMOGĘ! POMOGĘ! POMOGĘ! JEZU! NIECH TO POMOŻE! 4 dni przed wielkim dniem dostawałam czynnik wzrostu komórek macierzystych, którego aplikację podjęła się moja kochana mama, która to wszystko przeżywała bardziej ode mnie.


Aż nastał TEN dzień, stawiłam się na Banacha na -1 przed 8 rano i się zaczęło. Tego dnia nie zapomnę do końca życia, bardzo boję się pobierania krwi, więc prawie fiknęłam przy zakładaniu wenflonu, ale moją uwagę przykuł pewien mężczyzna już zawenflonowany ;). Oczy roześmiane, sam uśmiechnięty, nie minęła minuta, a złapaliśmy kontakt, zaczęliśmy się śmiać. Tym mężczyzną był nikt inny, jak Tomek- inny dawca :). Przez 4h był moim sąsiadem łóżkowym. Dzięki niemu, paniom pielęgniarkom (pani Małgosi i pani Kasi), moim bliskim (tak tak! jak leżycie można Was odwiedzać i siedzieć z Wami, przy mnie był mój kochany chłopak, wartę po nim zmienił mój przyjaciel, po nim kolejny mój kolega, a na koniec wpadła moja kochana mama i ciocia) - bez nich ten dzień był by nudny :).


Atmosfera szczęścia, radości z możliwości oddania kawałka siebie unosiła się nad nami bardzo długo i przynajmniej nade mną unosi się do tej pory. To jest takie uczucie, którego nie można opisać. To trzeba przeżyć. Świadomość, że kawałek Ciebie może pomóc innej osobie jest niesamowita. Niesamowite jest to, że ma się gdzieś tego bliźniaka genetycznego. Ach :). 4h minęły w miarę spokojnie gdyby nie fakt, że z Tomkiem rozbolały nas pęcherze :). Nie pisałabym o tym, ale chce Was uświadomić, że to nic strasznego :). Z Tomkiem do teraz żałujemy, że wcześniej nie poprosiliśmy o pomoc, tylko trzymaliśmy tak długo mocz, że jak się śmialiśmy to się baliśmy, że popuścimy. Moi drodzy, sikanie jest rzeczą ludzką, a panie pielęgniarki są przygotowane na to. Zasłaniają Was superanckim parawanem, panowie dostają kaczki, jeżeli wstydzicie się pań pielęgniarek to Wasze kobiety mogą pomóc w rozpinaniu spodni. A dla nas drogie panie jest basen, ale spokojnie , basen pani pielęgniarka kładzie na krześle, więc nie musimy robić akrobacji na leżąco. Po wszystkim nie czuliśmy większej ulgi :). Tylko ostrzegam, po tym co napisałam nie myślcie: "o to ja nie będę pić, to nie będzie mi się chciało siusiu" o nie nie nie! Jak nie będziecie pić, to ciężej będzie znaleźć Wasze żyły i możecie narobić problemów w niesieniu swojej pomocy. Zatem pić i siusiać bez skrępowania! :). Po 4h śmiechów i zebrania odpowiedniej ilości komórek, udaliśmy się na obiad i czekaliśmy na decyzje lekarza czy tyle starczy, czy musimy jeszcze raz przyjeżdżać. Ale udało się, zebrali wszystko co potrzebowali i wtedy dopadła nas rzeczywistość, ok my zrobiliśmy swoje, zostaje się modlić o chorych. Musi się udać, innej możliwości nie widzę.


Na początku mojej historii mówiłam o znakach. Pierwszy znak miałam przed oddaniem komórek, drugi się pojawił po ich oddaniu gdy wracałam do domu. Telefon z fundacji, Zuzia mnie poinformowała, że chory to mężczyzna 46 lat z Niemiec. Mój tato zmarł mając 45 lat. To dla mnie był kolejny znak, że podjęłam dobrą decyzję, że dobrze, że nie zastanawiałam się ani chwili...


Dzięki tym wydarzeniom, pomogłam sobie, by troszkę poradzić sobie z bólem po tacie, mam nadzieję, że pomogłam choremu. Poznałam wspaniałych ludzi, WIELKIE panie pielęgniarki na Banacha, WIELKICH ludzi z fundacji DKMS, ale tez zdobyłam przyjaciela, połączył nas wspólny cel, wspólne doświadczenie, o którym nie zapomnimy do końca życia.


Mam nadzieję, że mój bliźniak wyzdrowieje, jak inni chorzy. Trzymam kciuki z całego serca.


Całe życie byłam jedynaczką, od jakiegoś czasu mam brata i mam nadzieję, że kiedyś go poznam.