Anna Lubera

7 Styczeń 2014

Moja historia zaczęła się w maju 2013 r. Podczas festynu osiedlowo-rodzinnego, zorganizowanego przy współpracy Fundacji DKMS na rzecz 2-letniego Bartusia chorego na białaczkę, cała moja rodzina zarejestrowała się jako potencjalni dawcy szpiku. We wrześniu odebrałam telefon z DKMS z informacją, że prawdopodobnie znaleziono mojego bliźniaka genetycznego. Należało jeszcze zbadać ponownie krew, aby w stu procentach potwierdzić zgodność.

Oczywiście zgodziłam się od razu, ale uczucie lekkiego strachu także się pojawiło. Zastanawiałam się czy podołam, ponieważ boję się zastrzyków, a właściwie igieł. Bałam się, że strach i stres nie pozwolą mi pomóc chorej osobie. Pomyślałam jednak, że trzeba wziąć się w garść, a wszystko dobrze się ułoży. Ważnym argumentem było również to, że będę pod opieką dobrych lekarzy.

W oczekiwianiu na wyniki badań przeczytałam w internecie chyba wszystkie możliwe informacje na ten temat.

Po czterech tygodniach przyszło potwierdzenie stanu zdrowia i zgodności tkankowej. Mogłam zostać dawcą. Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie...

Cała korespondencja odbywała się mailowo. Na początek dostałam do wypełnienia tzw. ankietę zdrowotną oraz informację o terminie i metodzie poboru, klinice i hotelu w Dreźnie. Pod koniec października pojechałam na badania wstępne do Drezna, które wypadły pomyślnie i wyznaczono mi datę pobrania. Mogłam pojechać z osobą towarzyszącą, co wiele dla mnie znaczyło. Cztery dni przed pobraniem podawałam sobie zastrzyki z czynnikiem wzrostu komórek macierzystych. Lekarze trochę straszyli bólem, ale ból był naprawdę do wytrzymania (w razie czego dostałam tabletki przeciwbólowe).

W dniu pobrania wraz z moim tatą i tłumaczem stawiłam się w klinice w Dreźnie. Samo pobranie, w wygodnym fotelu, trwało ok. 5 godzin. W tym czasie mogłam korzystać z laptopa, ogladać filmy lub drzemać.

Następnego dnia wróciłam do domu i otrzymałam wiadomość dla mnie najważniejszą – moje komórki macierzyste otrzymała 36-letnia amerykanka. Jestem szczęśliwa, że mogłam jej oddać cząstkę siebie i uratować życie. Od mojej rodziny i znajomych otrzymałam wiele miłych słów. Trzymamy kciuki i pragnę, aby moja bliźniaczka szybciutko wróciła do zdrowia i cieszyła się życiem.

Fundacji DKMS i tłumaczom dzięki wielkie za wszystko.

Rejestrujcie się – bo warto uratować komuś życie!