Anna Turajska

11 Styczeń 2014

Moja historia z dawstwem szpiku rozpoczęła się w maju 2009 roku od rozmowy z koleżanką z akademika na temat oddawania szpiku. Po rozmowie znalazłam informację na temat Fundacji DKMS w jednej z gazet, a następnie wypełniłam formularz on-line. Po niespełna dwóch tygodniach otrzymałam kopertę z pałeczkami, zrobiłam wszystko zgodnie z „instrukcją obsługi” i odesłałam kopertę. Wiedziałam, że na zostanie faktycznym dawcą są nikłe szanse. Nie przypuszczałam wtedy, że kiedykolwiek zadzwoni do mnie ktoś z taką nowiną…

A jednak w marcu 2010 zadzwoniła Pani Zuzanna Jastrzębska z Fundacji DKMS z informacją, że jest ktoś chory – mój genetyczny bliźniak, który potrzebuje mojej pomocy. Zapytała czy nadal podtrzymuję swoja decyzją odnośnie bycia dawcą. Bez dłuższego zastanowienia odpowiedziałam, że tak. Wytłumaczyła mi jak będzie wyglądała cala procedura od badań do faktycznego pobrania szpiku.

Pierwsze badania krwi przeszłam w Poznaniu. Po około trzech tygodniach dostałam telefon z wiadomością, że potwierdziła się zgodność między mną a osobą, która czeka na mój szpik. Po raz kolejny padło pytanie czy nadal podtrzymuję swoją decyzję odnośnie oddania szpiku. Odpowiedź mogła tylko jedna – oczywiście, że tak!!!

„Opiekę” nade mną przejęła Pani Zofia Olszewska, która cierpliwie tłumaczyła mi wszystko i rozwiewała wszelkie moje wątpliwości związane z wyjazdem na badania i pobranie do Drezna. Na początku maja Maciej Czarnecki – kierowca z DKMS - zawiózł mnie do Drezna na badania, a następnie odwiózł do domu. Wszystko było sprawnie zorganizowane: wyjazd jednego dnia, nocleg w cudownym pensjonacie prowadzonym przez sympatycznych Włochów, drugiego dnia badania w klinice i powrót do domu.

Dwa tygodnie później drugi wyjazd – ten ważniejszy - w celu pobrania komórek. Ponieważ komórki macierzyste miały być pobierane z krwi obwodowej, to na cztery dni przed pobraniem robiłam sobie zastrzyki mobilizujące komórki. Nie było to aż tak straszne jakby się mogło wydawać (nawet dla tych, którzy panicznie boją się igieł). W trakcie drugiego wyjazdu towarzyszył mi mój brat. Przez cały pobyt, zarówno na badaniach jak i przy pobraniu, był z nami również tłumacz – Maciej Luchowski. Pełnił funkcję łącznika z niemieckimi lekarzami i na swój sposób opiekuna. Był z nami zawsze, kiedy go potrzebowaliśmy. Samo pobranie komórek trwało około dwóch godzin. Razem ze mną komórki oddawał jeszcze jeden dawca z Polski – Łukasz, którego serdecznie pozdrawiam. Czas spędzony na sali we dwójkę minął bardzo szybko.

Po pobraniu, kiedy już było wiadomo, że zabieg się udał, dostałam telefon z informacją, że moje komórki przeznaczone są dla niespełna rocznego chłopca. Ciężko opisać, co czułam w tym momencie, to trzeba po prostu przeżyć żeby zrozumieć. Radość z tego, że być może ten maluszek będzie mógł normalnie żyć zrekompensowała całe zmęczenie po pobraniu. Po wszystkim zjedliśmy obiad i poszliśmy wszyscy razem – Maciej, Łukasz z żoną, mój brat i ja – zwiedzać Drezno, które jest przepięknym miastem. Następnego dnia wróciliśmy do domu. Teraz trzymam mocno kciuki za maluszka i mam nadzieję, że wszystko będzie z nim dobrze.

Przeżyłam coś zupełnie wyjątkowego… Wiem, że jest to najlepsza rzecz, jaką zrobiłam w swoim życiu…

Chciałabym podziękować wszystkim, którzy mnie wspierali. Szczególnie Pani Zofii Olszewskiej, która czuwała nade mną i udzielała wszystkich informacji. Maciejowi Czarneckiemu, który zawiózł mnie na badania i dbał o moje dobre samopoczucie w trakcie podróży. Maciejowi Luchowskiemu, bez którego nie dalibyśmy sobie rady. Był dla nas nie tylko tłumaczem i przewodnikiem, ale przede wszystkim osobą dodającą nam otuchy. Młodemu za to, że był ze mną w trakcie pobrania i Patii, ponieważ rozmowa z nią zmobilizowała mnie do zgłoszenia się do Fundacji DKMS.

Mam nadzieje, że coraz więcej ludzi będzie rejestrowało się jako potencjalni dawcy… tak niewiele trzeba zrobić żeby dać drugiemu człowiekowi szanse na normalne życie…