Bartek Dobrowolski

17 Styczeń 2014

Żyjąc w obecnych czasach człowiek pragnie tylko zrobić karierę zawodową, zarabiać jak najwięcej pieniędzy, założyć rodzinę i żyć długo i szczęśliwie… … Jednak jak się okazuje życie dla mnie (mam nadzieję, że dla wielu czytających ten list także) to nie tylko powyższe przykłady.

Mam na imię Bartek, mam 20 lat i od ponad dwóch lat jestem w bazie potencjalnych dawców szpiku. Moja przygoda zaczęła się w liceum. Organizowana była właśnie akcja DKMS'u gdzie poprzez rejestrację i próbny pobór krwi można było zapisać się do „rodziny”. Przyznam się, że poszedłem tam tylko z tego względu na to, żeby nie iść na język niemiecki, z którym było u mnie ciężko. Po miesiącu od zakończenia akcji w mojej szkole otrzymałem list wraz z kartą i pamiątkowym puzzelkiem o dołączeniu do potencjalnych dawców.

Po tym wydarzeniu wiodłem normalne życie. Matura, studia, praca, starałem się usamodzielnić. Nigdy tak naprawdę nie wierzyłem w to, że kiedykolwiek ktoś z fundacji DKMS do mnie zadzwoni. W bazie na całym świecie jest ok. 20 milionów potencjalnych dawców, aż tu nagle po dwóch latach od magicznej rejestracji zadzwonił telefon, który odebrała moja mama. Spojrzała na mnie wzrokiem jakby umarł nam ktoś z rodziny i powiedziała „jakaś fundacja do Ciebie”. Pomyślałem, że to na pewno pomyłka. Jak się okazało jednak nie. Zostałem wstępnie zakwalifikowany do poboru szpiku bądź komórek macierzystych. Po ok. 20 minutach rozmowy i wyjaśnieniu wszystkich argumentów za tym abym się zdecydował, otrzymałem pytanie „czy wyraża pan chęć udziału w dalszym postępowaniu?” Odpowiedziałem, że to dla mnie szok i potrzebuję się z tym przespać, porozmawiać z rodzicami. Gdy odłożyłem słuchawkę od razu poszedłem do mamy powiedzieć jej o całej sytuacji. Była jakby zmartwiona.

We mnie jednak nastało takie uczucie, jakiego nigdy w życiu nie doświadczyłem i każdemu tego uczucia życzę. Powiedziałem sobie „kurde, mogę dać komuś cząstkę siebie i dać drugie życie!” To było cudowne.

Od rodziców usłyszałem tylko „to Twoje życie, to Ty musisz wiedzieć czy tego chcesz, ale wiedz, że dobro powraca ze zdwojoną siłą" W nocy nie mogłem spać. Zastanawiałem się czy to naprawdę się dzieje. Jest tyle ludzi w bazie, a to akurat ja zostałem wybrany, chłopak z kilkunastotysięcznego miasta w środkowej Polsce. Do tego momentu w to nie wierzę. Myślałem też o tym, kim jest ta osoba, której mógłbym pomóc, ile ma lat, i skąd pochodzi.

Następnego dnia, kiedy zadzwonił telefon wiedziałem, że to już ktoś z fundacji. Nie dając dokończyć zdania bodajże pani Iwonie odpowiedziałem zdecydowanie TAK, zgadzam się. Porozmawialiśmy jeszcze chwilę i po zakończeniu rozmowy dostałem maila z wstępnymi pytaniami lekarskimi. Po mniej więcej 2 tygodniach byłem już po wstępnym badaniu próbek krwi w mojej przychodni i z niecierpliwością czekałem na telefon. No i doczekałem się, moje wyniki krwi były w porządku i zostałem skierowany do kliniki w Dreźnie (od mojego miejsca zamieszkania najdalej jak tylko się dało, ale i tak się cieszyłem). Wyruszyłem w podróż. Po dotarciu do Drezna w godzinach wieczornych zostałem zakwaterowany w hotelu i rano miałem stawić się o 7 na śniadaniu, po którym udałem się do kliniki. Badania przebiegły pomyślnie i po południu już wracałem. W międzyczasie zobaczyłem jak przebiega proces poboru komórek macierzystych z krwi obwodowej, którą wybrał dla mnie lekarz (byłem spokojniejszy, chociaż nawet gdybym miał poddać się zabiegowi poboru szpiku z talerza kości biodrowej podjąłbym taką samą decyzję). W nocy dotarłem do domu. Dostałem zastrzyki, które miałem zacząć przyjmować od soboty. Jednak nie doczekałem tego momentu póki co, ponieważ w piątek dostałem telefon, że nie mam ich przyjmować z powodu złego stanu zdrowia mojego „bliźniaka”. To mnie załamało. Miałem czekać od dwóch do czterech tygodni.

Minęło półtora miesiąca i wreszcie przedwczoraj dostałem telefon, że stan zdrowia mojego biorcy się poprawił. Ucieszyłem się. Aktualnie czekam za telefonem o konkretnym dniu kolejnego wyjazdu do Drezna, a wcześniej o ponownych badaniach w mojej miejscowej przychodni. Badania zostały w ekspresowym tempie wykonane i podano mi kolejną datę wyjazdu. Pobór komórek został wyznaczony w pierwszej połowie grudnia.. Kilka dnia wcześniej udałem się o 8.00 do przychodni, ponieważ pierwszy zastrzyk musiał być wykonany w obecności lekarza. I tutaj nie obyło się bez problemów, ponieważ od dłuższego czasu miałem przeszkadzający kaszel i pani doktor nie wykonała mi tego zastrzyku, kierując mnie na kolejne pobranie krwi, aby jej udowodnić, że nie ma w moim organizmie żadnego stanu zapalnego. Wiązało się to z przesunięciem zastrzyku o jeden dzień, co chyba nie byłoby możliwe ze względu, iż odporność mojego biorcy została zniwelowana do zera. Po powrocie szybko zadzwoniłem na numer alarmowy do fundacji, która ekspresowo skontaktowała się z doktorką i została podjęta decyzja żebym pojechał na badania krwi do szpitala w moim mieście. Badania nie wykazały żadnych zmian, więc szybko udałem się do przychodni i teraz już bez problemów zrobiono mi pierwszy zastrzyk. Kolejne zastrzyki wykonywałem sobie sam, co nie jest tak straszną sprawą, aczkolwiek nie polecam tego tym, który mają wstręt do igieł. Ja natomiast niczego się nie obawiałem. Kolejne zastrzyki, i kolejne ich objawy. Najpierw lekka gorączka, później ból w części krzyżowej kręgosłupa, następnie ból głowy. To wszystko do wytrzymania po stosowaniu leków przeciwbólowych, które dostałem z kliniki oraz mając w głowie myśl, że robię to, żeby dać komuś nadzieję na nowe życie.

Kolejny etap to podróż do Drezna. We Wrocławiu byłem umówiony ze specjalnym wysłannikiem z DKMS’u Maciejem Luchowskim, którego w tym miejscu serdecznie pozdrawiam i dziękuję za opiekę. Nie mogę również zapomnieć o żonie Maćka Magdzie oraz ojcu Henryku, których też miałem okazję poznać. Są to fantastyczni ludzie, od których bije takie dobro, że trzeba to przeżyć, aby to opisać. Na autostradzie spotkała nas śnieżyca, którą uznałem za znak, że może być ciężko aczkolwiek nic nie dzieje się bez przyczyny. Około godziny 20 dotarliśmy do hotelu, zostałem zakwaterowany. Wyszliśmy coś zjeść i wróciliśmy na nocleg. Następnego dnia przed śniadaniem ostatni zastrzyk, śniadanie o godzinie 7.00 i ruszyliśmy na klinikę. Zostałem podpięty do maszyny no i się zaczęło. Opieka pielęgniarek jak i całego sztabu medycznego fantastyczna. Po ponad 4 h i przepłynięciu 22 L krwi przez maszynę zostałem odłączony. Wróciliśmy do hotelu na obowiązkowy dwugodzinny odpoczynek. 10 minut po położeniu się na hotelowym łóżku dostałem najważniejszy telefon, na który tak długo czekałem. Moim biorcą okazała się 35letnia Amerykanka. To było dla mnie niepojęte jak w tak młodym wieku można być na granicy życia i śmierci.

Cieszyłem i cieszę się z tego nadal bardzo mocno. Codziennie odliczam już dni do możliwości zapytania się o stan zdrowia mojej „siostry”. Później już wraz z panem Henrykiem wyruszyliśmy do centrum zwiedzić trochę miasto. Tak się złożyło, że właśnie o tej porze w Dreźnie odbywa się najbardziej znany jarmark świąteczny. Fajnie było móc zobaczyć zjednoczenie tych wszystkich ludzi, ich uśmiechy na twarzach i życzliwość. Wieczorem powrót do hotelu, nocleg i następnego dnia już wracaliśmy do Polski.

Przytoczę teraz słowa pewnej piosenki „Nawet sekundy dłużej nie wahaj się.” Ja pomimo chwilowego zwątpienia nie odpuściłem i nie traciłem nadziei by „unieść się nad ziemię” jak w kolejnych wersach tej piosenki, bo tak się właśnie czuję. Mam nadzieję, że znajdzie się choć jedna osoba, która przeczyta to, co postarałem się napisać. Pozdrawiam serdecznie i kochani zachęcam do rejestracji!!! Na przykładzie mojej historii możecie zobaczyć jak przez głupią ucieczkę z języka niemieckiego można dać nadzieję na nowe życie!