Katarzyna Pląskowska

11 Styczeń 2014

Patrzę teraz na przesłany mi z wyrazami wdzięczności upominek od Fundacji DKMS - figurkę Anioła Stróża - i nie mogę uwierzyć w to, że to właśnie ja mogłam podarować komuś szansę na nowe życie.

Co stało się dla mnie impulsem do zarejestrowania się w bazie dawców? Na białaczkę zachorował pięcioletni kuzyn mojego bliskiego znajomego - właśnie wtedy dowiedziałam się o Fundacji. Kiedy poszukiwano dawcy dla chłopca, byłam świeżo po ukończeniu 18 lat, z optymistycznym nastawieniem udałam się więc na organizowaną w Bydgoszczy akcję dla Maksika. Wcześniej dużo czytałam o przeszczepieniach szpiku kostnego, w tym również o statystykach, wiedziałam, więc, że szansa na to, że jestem genetycznym bliźniakiem Maksa jest niemalże równa zeru. Niemniej jednak byłam zdecydowana pomóc każdemu choremu na białaczkę, choć także w to szczerze wątpiłam - wiedziałam przecież, jak trudno jest znaleźć niespokrewnionego dawcę.

Tym większe było moje zdziwienie, kiedy odbierając połączenie od nieznanego numeru, usłyszałam w telefonie pytanie, jakie zadała mi Pani Zuzanna Jastrzębska: "Czy nadal podtrzymuje Pani gotowość zostania dawcą komórek macierzystych?". Nie mogłam uwierzyć, że to właśnie ja mogę uratować komuś życie i choć w środku rozpierała mnie radość, zszokowana odpowiedziałam tylko krótkie "Tak". Podczas dalszej rozmowy dowiedziałam się wszystkich szczegółów pobrania i już tydzień później w najbliższej przychodni oddałam próbki krwi do typizacji potwierdzającej. Następnie sprawa nieco ucichła, zaczynałam nawet się niepokoić. Jak się okazało – niesłusznie.

Jedyne, o czym myślałam tamtego dnia, to to, że chcę już być po maturze ustnej z języka angielskiego! Drogę na egzamin dojrzałości umiliła mi kolejna wiadomość od Pani Zuzanny Jastrzębskiej. Choć intuicyjnie wiedziałam to już od trzech miesięcy, teraz mogłam być już tego pewna - zostałam wybrana na dawcę! W tym momencie wydarzenia nabrały szybszego tempa. Ustaliliśmy bliski termin badań, które, podobnie jak pobranie, miały odbyć się w Warszawie.

Kiedy wiedziałam już, że na pewno zostanę dawcą, czułam nieopisaną radość, jednak nie był mi obcy również strach. Może wydawać się to irracjonalne, ale bardziej niż samego pobrania, bałam się wcześniejszego przyjmowania czynnika wzrostu. Obawiałam się, że zastrzyk w brzuch okaże się bardzo bolesny - nic podobnego! Igła jest krótka i cienka, a ja z powodzeniem robiłam sobie sama zastrzyki, które - jak się przekonałam - nie bolały. Obawiałam się także nieznośnych bólów głowy, czy łamania w kościach, o których mówiono mi, że mogą występować podczas przyjmowania czynnika wzrostu. Jednak - ku mojemu zdziwieniu - przyjmowanie czynnika wzrostu znosiłam nadzwyczaj dobrze - nie miałam nawet najmniejszych dolegliwości. Również ból podczas samego pobrania komórek macierzystych był niemalże żaden - sprowadził się do ukłucia dwóch igieł. Nieopisana jest natomiast satysfakcja z podarowania komuś tego najcenniejszego daru, jakim jest życie.

Zachęcam wszystkich, którzy zastanawiają się nad dołączeniem do coraz liczniejszego grona potencjalnych dawców szpiku kostnego. Naprawdę warto! Sama przekonałam się, że KAŻDY może okazać się genetycznym bliźniakiem oczekującej na przeszczep osoby. Dawca nic przy tym nie traci, a zyskuje satysfakcję oraz świadomość, że przyczynił się do uratowania życia komuś, kto bardzo tego pragnie. Jestem pewna, że gdyby przyszło mi oddać komórki macierzyste po raz kolejny, nie wahałabym się ani chwili.