Katarzyna Witkowska

6 Grudzień 2013

Tylko życie poświęcone innym warte jest przeżycia.

Moja historia jest banalna i taka… zwyczajna. Wszystko zaczęło się od moich rodziców, którzy już parę lat temu oświadczyli mi i mojemu starszemu bratu, że życzą sobie po śmierci, by lekarze zabrali od nich „wszystkie działające części” i oddali potrzebującym. Całe życie pokazywali nam, że pomagać jest warto i to dzięki nim zdecydowałam się zarejestrować. Zwyczajnie On-line. Po jakimś czasie otrzymałam pałeczki i kwestionariusz, byłam świadoma tego, że szansa na zostanie faktycznym dawcą jest nikła.

26 czerwca 2013 skontaktowała się ze mną Pani Anna Jarnicka z Fundacji DKMS z informacją, że jest ktoś, kto potrzebuje mojej pomocy i czy nadal podtrzymuję swoją decyzję odnośnie bycia dawcą. Jak się powiedziało „A”, to i „B”. Nie umiem nawet opisać swojej reakcji, trzęsły mi się ręce i głos, a moja przyjaciółka śmiała się ze mnie strasznie (buziaki Madzik). Oczywiście to nie był strach, to była radość, podekscytowanie i nadzieja na lepsze. No i ruszyła maszyna…

Pierwsze badania w zaprzyjaźnionym ośrodku i z cudownym personelem, po 3 tygodniach już wszystko było wiadome, typizacja się powiodła. Wtedy Pani Magdalena Wilk przejęła nade mną pieczę i cierpliwie tłumaczyła mi wszystko na temat wyjazdu do Drezna, badań i całej procedury. We Wrocławiu odebrał mnie Maciej Luchowski i przetransportował do Drezna, noc we wspaniałym pensjonacie, później wszystkie badania, rozmowa z lekarzem, wtedy otrzymałam pokaźną paczkę z zastrzykami, informacją jak, kiedy i po ile je przyjmować (ha, szkoda, że nie widzieliście mojej miny). Powrót do ojczyzny, wszystko działo się tak szybko, sprawnie i we wspaniałej atmosferze. Po 7 dniach otrzymałam informację, że Wszystko jest dobrze i mogę zacząć przyjmować czynnik wzrostu. Zastrzyki rano i wieczorem robił mi mój tata, ponieważ sama nie byłabym w stanie sobie ich zrobić ze strachu. Na szczęście żaden z nich nie sprawił bólu, wiadomo Tatusiowe magiczne ręce. Byłam gotowa na skutki uboczne tak jak mnie ostrzegano (ból mięśni, głowy, itp.). Jednak nic takiego nie miało u mnie miejsca.

W połowie sierpnia razem z moją mamą ruszyłyśmy już na dwudniowy i „ostatni” wyjazd do Drezna. Tym razem towarzyszył nam Henryk Luchowski oraz Iwona, która jechała na pobranie z talerza kości biodrowej i jej mąż Paweł. I jak poprzednio, noc w pensjonacie, śniadanie i do kliniki. Całe pobranie trwało u mnie 5 godzin, po około 4 godzinach lekarz prowadzący zapytał czy możemy kontynuować pobranie, bym następnego dnia nie musiała już przychodzić ze względu na to, że mój bliźniak genetyczny jest wagowo większy ode mnie. Oczywiście zgodziłam się. Razem z mamą, która przez cały czas ze mną była, wspierała i uśmiechała się wtedy, gdy tego potrzebowałam, rozwiązywałyśmy krzyżówkę (znaczy to ona ją rozwiązywała na głos podpowiadając mi odpowiedzi). Jakoś razem szybciej zleciał mi ten czas i chociaż przed pobraniem i ona była cała w nerwach i obawach, nie pokazywała mi tego, jedynie mówiła, że będzie dobrze. Nasz tłumacz był na korytarzu i zjawiał się zawsze, gdy go potrzebowałyśmy. Po pobraniu telefon do narzeczonego, który był łącznikiem z resztą mojej rodziny, która tego dnia była na festynie, chwilowy odpoczynek i ruszyłyśmy na zwiedzanie pięknego Drezna. Następnego dnia znowu małe zwiedzanie, zakupy i powrót do domu (choć wcale nie chciałam wracać tak szybko).

Moim bliźniakiem okazał się 35-letni mężczyzna ze Stanów, ta wiadomość była niesamowita. Wtedy dopiero dotarło do mnie co tak naprawdę się stało, że prawdopodobnie podarowałam komuś życie. Niesamowite uczucie.

Kilka dni przed świętami po raz drugi odwiedziłam Drezno, by oddać leukocyty mojemu braciszkowi. Procedura taka sama jak uprzednio tylko bez zastrzyków. Wszystko jest na dobrej drodze.

Chcę bardzo podziękować Pani Ani Jarnickiej, Pani Magdalenie Wilk, Maciejowi i Henrykowi Luchowskim za opiekę nade mną, wsparcie i optymizm. Mojemu Robertowi za śmiech podczas zastrzyków, telefony i sms’y pełne wsparcia i miłości, a i za zarejestrowanie się po mojej przygodzie mimo strachu. Mamie, która od momentu zarejestrowania wspierała mnie całą sobą i za wywoływanie uśmiechu. Tacie, bez którego zastrzyki byłyby męczarnią i oczywiście młodszej siostrze, która ciągle pytała czy wszystko w porządku. Dziękuję wam wszystkim razem i z osobna.