Klaudia Kokosińska

6 Lipiec 2017

Moja przygoda z DKMS rozpoczęła się 06.12.2016. Byłam wtedy po prezent na mikołaja dla mojego syna Aleksandra. W jednym ze sklepów była prowadzona akcja przez DKMS. Z racji tego, że honorowo oddaję krew postanowiłam zapisać się do DKMS-u jako dawca komórek macierzystych. Wypełniłam ankietę, pobrałam wymaz i tyle. Od tego czasu zbytnio o tym nie myślałam, jak każdy czekałam na kartę. 21 lutego zadzwonił telefon, niestety nie mogłam odebrać w tym momencie. Chwilę później dostałam maila, że DKMS prosi o pilny kontakt. Zamarłam. No nic, jest ktoś komu potrzebna jest pomoc, moja pomoc. Długo się nie zastanawiam – dzwonię.

Poinformowano mnie, że jest osoba, która potrzebuje mojej pomocy. Oczywiście się zgodziłam. Wszystko ruszyło do przodu.

Pierwsza była ankieta medyczna, którą musiałam wypełnić i odesłać do fundacji. Kolejnym krokiem było pobieranie krwi (30 ml) w najdogodniejszym dla mnie miejscu i terminie. Wstawiłam się na badaniu, pobrali ode mnie krew, aby sprawdzić czy jest 100% zgodność z biorcą. Po tym badaniu musiałam uzbroić się w cierpliwość, bo na taką wiadomość można czekać nawet trzy miesiące.

Po dwóch miesiącach moja ciekawość była silniejsza i wysłałam maila do DKMS czy coś wiadomo w mojej sprawie. Niestety fundacja nie miała jeszcze takiej informacji. Na początku maja otrzymałam list, że stan zdrowia pacjenta nie pozwala na przeszczep i moja rezerwacja dla niego się zwalnia. Nie ukrywam, poczułam ogromny smutek i żal.

Po kilku dniach od otrzymania listu dostałam telefon z fundacji od pani z DKMS, że możemy działać dalej. Pacjent czuje się lepiej. Ustaliłyśmy daty na badania przed pobraniem i datę samego pobrania. Od tej rozmowy czułam strach, ale jednocześnie nie mogłam się doczekać. Metodę jaką wybrano dla mnie była metoda aferezy, czyli pobranie komórek macierzystych z krwi.

Datę badań miałam wyznaczoną na początku czerwca. Dzień przed badaniem przyjechałam na miejsce. Byłam zestresowana. Rano udałam się do kliniki pobrania. Pobrano ode mnie krew do badań, miałam zrobione EKG, USG jamy brzusznej, RTG klatki piersiowej oraz badanie moczu. Część wyników miałam już w tym samym dniu. 4 dni przed oddaniem komórek musiałam przyjmować dwa razy dziennie, co 12 godzin zastrzyki, które miały spowodować wzrost komórek macierzystych. Moje skutki uboczne przypominały te grypowe. Ogólnie bolała mnie głowa i kości. Nie było to na tyle uciążliwe, że musiałam przyjmować leki przeciwbólowe. Ten ból był do zniesienia, szczególnie kiedy myślałam, że po drugiej stronie ktoś czeka na moją pomoc.

Po pięciu dniach dostałam kolejny telefon z fundacji. Tym razem dzwonił do mnie pan z fundacji z informacją, że mają już wszystkie wyniki badań i jestem w 100% zdrowa.

Ucieszyłam się, że komuś pomogę. Z niecierpliwością odliczałam dni do daty pobrania ode mnie komórek.

W końcu nadszedł ten wielki dzień. Z samego rana przyjechałam do kliniki na 7:30. Czułam strach i ciekawość. Czekałam w świetlicy na kogoś, kto się mną zajmie. Przyszła Pani Doktor i powiedziała mi, że mój biorca jest trochę „większy” ode mnie i całkiem możliwe, że na następny dzień będę musiała znowu pojawić się w klinice na kolejnym pobraniu komórek. Po informacji od lekarza Pani Pielęgniarka zaprowadziła mnie na salę pobrań. Znowu pobrała krew do badań które muszą być wykonane „ na świeżo” przed oddaniem komórek macierzystych. Założyła dwa wenflony, podłączyła do maszyny i wszystko ruszyło. Siedziałam podłączona od godziny 8:30 do godziny 13:30 ( polecam zabrać książkę ). Po odłączeniu wyszłam na korytarz i czekałam na lekarza, który miał mi przekazać informacje czy oddałam wystarczającą ilość komórek dla biorcy. Kiedy w drzwiach zobaczyłam Panią Doktor zamarłam. Jednak ona przyszła z dobrą wiadomością. Oddałam, aż za dużo komórek. Wtedy właśnie emocje opadły. Ucieszyłam się bardzo i łzy same napływały mi do oczu. Po tej informacji poczułam ogromną ulgę. Dostałam książeczkę dawcy i odznakę. Jednak dalej byłam ciekawa komu pomogłam.

Po godzinie zadzwoniła do mnie Pani z fundacji. Pytała jak się czuję po oddaniu, czy wszystko ok. Wtedy też dowiedziałam się komu pomogłam – pomogłam mężczyźnie w średnim wieku z zagranicy. Ależ się ucieszyłam. Mam nadzieję, że biorca wróci do zdrowia i będzie dane nam się w jakiś sposób poznać.

Jeśli się wahasz czy zapisać się jako dawca szpiku – powiem Ci szczerze, ZAPISZ SIĘ. To nic nie kosztuje i nie boli, a możesz uratować komuś życie. Będziesz chodził dumny, tak jak ja!