Łukasz Hofmann

8 Styczeń 2014

Bycie dawcą dało mi potrójną, niespotykaną i nieporównywalną z niczym radość. Pierwsza z nich była chyba największa. Był nią e-mail z Fundacji DKMS, że prawdopodobnie znalazł się ktoś, komu mogę uratować życie.

Pamiętam ten dzień jak dzisiaj. Po całym dniu szkoleń, jakie prowadziłem, usiadłem wieczorem w kawiarni w Lublinie i z kubkiem herbaty przystąpiłem do sprawdzania poczty. Szok, niepohamowana radość, łzy i skakanie ze szczęścia w kawiarni, to uczucia, jakie mną ogarnęły. Ludzie siedzący przy innych stolikach myśleli, że wygrałem w lotto, tak bowiem się zachowywałem.

Takiej radości jeszcze nigdy w życiu nie doświadczyłem, choć uwierzcie mi, uwielbiam się weselić i robię to nader często.

Druga radość i łzy miały miejsce, gdy miał nastąpić moment pobrania szpiku i lekarz prowadzący poinformował mnie, że biorcą jest jedenastoletni chłopiec. Popłakałem się wtedy jak bóbr (nadal, gdy to wspominam, łzy napływają do oczu same). Jedenastoletnie dziecko, chłopiec, którego życie zależy od mojej decyzji. Było to o tyle niesamowite, że za dwa tygodnie miał się urodzić nasz cudowny i radosny synek Felcio. Moment, gdy dowiedziałem się, komu bezinteresownie pomagam, chyba najbardziej zapamiętam z całej tej historii.

Trzeciej wielkiej radości doświadczyłem tuż przed Świętami Bożego Narodzenia. Stał się kolejny cud, ten jedenastoletni chłopiec żyje i ma się dobrze, tak brzmiała informacja od pracowników DKMS. Wiedziałem, że tak będzie i nie zakładałem innego scenariusza. Potrzebowałem jednak, aby ktoś postawił tą przysłowiową kropkę nad i. I tak się stało.

Oddanie szpiku było dla mnie wielką, nieplanowaną rzeczą, największym fartem, jaki do tej pory mi się w życiu przytrafił. Może to wydawać się śmieszne i na pokaz, ale gdyby mnie ktoś zapytał, czy wolałbym wygrać na loterii główna wygraną, czy raz jeszcze uratować komuś życie, pewnie znowu wybrałbym to drugie. Dla mnie możliwość uratowania życia dziecka była właśnie jak los wygrany na loterii. Radości, jakiej przy tym doświadczyłem, nie jestem w stanie przyrównać do niczego innego.

Przy okazji chciałem się zwrócić do wszystkich osób, które się wahają, to naprawdę nie boli bardziej niż pobranie krwi.

Chciałem też serdecznie podziękować przede wszystkim swojej żonie Oli, która dała impuls do tego, by coś zrobić (zapisać się do DKMS. Dziękuję też swojemu synowi Felkowi, dzięki któremu zrozumiałem to, jaką wspaniałą istotą jest dziecko i jak wiele szczęścia może dać ojcostwo. Dziękuję moim rodzicom za to, jak mnie wychowali, a w szczególności mamie, która wraz z nami przeżywała losy tego chłopca. Na sam koniec pragnę serdecznie podziękować osobom z Fundacji, które perfekcyjnie przygotowały mnie do zabiegu.

Zastanawiałem się kiedyś czy zrobić sobie tatuaż, ale jak myślę, że mógłbym utracić przez swój egoizm ponowną szansę na uratowanie czyjegoś życia, stwierdzam, że mam to gdzieś, wolę pomagać. Bo jak ostatnio stwierdziłem „w życiu trzeba robić DOBRE rzeczy”.

Kończąc swoją historię, chcę Wam powiedzieć, że czekam na jeszcze jedną radość. Marzę bowiem o tym, by spotkać chłopca, który niczemu winien, musiał tak cierpieć i do którego tak cudownie w tym wszystkim uśmiechnął się los…