Łukasz Soja

11 Styczeń 2014

Do bazy danych Fundacji DKMS Polska zapisałem się razem z żoną Olą i 1.758 innych osób podczas dnia dawcy organizowanego na rzecz Pani Joanny z Koszalina we wrześniu 2009 r. W późniejszym czasie dość dużo czytałem na ten temat i byłem w pełni świadomy na co się piszę.

Po około 5 miesiącach otrzymałem telefon z Fundacji DKMS Polska. Na początku rozmowy moja rozmówczyni przedstawiła się i podała nazwę fundacji, w imieniu której do mnie dzwoni. Już wtedy doskonale wiedziałem z kim rozmawiam, jednak nie przerywałem, gdy starała mi się przypomnieć czym ta fundacja się zajmuję. Miałem więc chwilę czasu na przemyślenie z jakiego powodu do mnie dzwoni i byłem pewny, że chodzi o sprawdzenie czy moje dane nie uległy zmianie. W najśmielszych marzeniach nie spodziewałem się, że usłyszę to co przerwało moje dywagacje. Od momentu, gdy dowiedziałem się, że ktoś czeka na moje komórki macierzyste, głos mi się załamał z wrażenia. Byłem gotów nawet natychmiast.

Czytałem wcześniej o wielu dumnych dawcach i miałem wrażenie, że rozumiem, co czuli podczas dawania daru życia… nic bardziej mylnego… tego uczucia nie da się opisać słowami, więc nawet nie będę próbował. To trzeba przeżyć!

Po potwierdzeniu zgodności genetycznej, a także potwierdzeniu mojego zdecydowania, o co byłem pytany wielokrotnie, nastąpiło dokładne badanie mojego organizmu oraz wykluczenie wszelkich chorób wirusowych. Na marginesie dodam, że miło mieć potwierdzenie od specjalisty, że jest się w pełni zdrowym, a tak dokładnych badań nigdy wcześniej nie robiłem.

Wobec braku przeciwwskazań, 17 maja 2010 roku w Klinice Uniwersyteckiej w Dreźnie, nastąpił jeden z momentów (obok poznania mojej żony i narodzin moich córek), które zapamiętam do końca życia – w komfortowych warunkach, pod znakomitą opieką lekarską i w nieocenionym towarzystwie mojej wspaniałej żony, widziałem jak do woreczka zbiera się „coś”, co dla mojego „Genetycznego Bliźniaka” jest darem życia.

Renata Rafa z Fundacji DKMS, która przyleciała odebrać moje komórki i dostarczyć je mojemu „Genetycznemu Bliźniakowi” powiedziała mi wieczorem tego dnia ile lat ma biorca i z jakiego kraju pochodzi. Zapytała mnie później czy wiedząc to, czuję teraz szczególną dumę. Myślałem o tym, ponieważ czytałem wrażenia innych i byłem ciekaw jak ja zareaguję. Odpowiedziałem Jej absolutnie szczerze, że dumę czuję od momentu pierwszego telefonu z Fundacji i ta duma nie słabnie do tej pory, a każdy etap tylko ją potęguje.

Po moim powrocie, znajomi czasem nazywają mnie bohaterem… odpowiadam wtedy, że jeżeli mają na myśli moje zgłoszenie się jako potencjalnego dawcy to dziękuję i nieskromnie właśnie tak się czuję, ale podkreślam, że na równi bohatersko z moją żoną i ze wszystkimi innymi zapisanymi do Fundacji DKMS, którzy są gotowi w każdej chwili dać komuś szansę na nowe życie. Jeśli chodzi zaś o oddanie przeze mnie komórek macierzystych, to bardziej na miejscu byłoby nazwanie mnie, a jeszcze bardziej mojego biorcy – szczęściarzem.

Na pewno nieraz grałeś w grę liczbową podczas wielkiej kumulacji, licząc na cud. Być może to właśnie Twój śmiertelnie chory „Genetyczny Bliźniak” liczy właśnie teraz na cud Twojego zgłoszenia się do fundacji, ponieważ nikt inny na całym świecie nie może Jemu pomóc. Tutaj stawka jest o wiele wyższa niż w największej kumulacji.

Pamiętaj, że szpik kostny regeneruje się po około 2 tygodniach, więc NIE GROZI Tobie sytuacja, że ktoś z rodziny będzie potrzebował Twojego szpiku i nie będziesz mógł oddać.

Przy tej okazji po raz kolejny dziękuję mojej anielsko cierpliwej żonie Oli za to, że trwała i trwa przy mnie, całej ekipie DKMS Polska za profesjonalizm – szczególnie dla szalenie sympatycznej Zosi Olszewskiej, z którą wymieniłem najwięcej maili i telefonów oraz Maćkowi Luchowskiemu, który był moim tłumaczem podczas pobytu w Klinice w Dreźnie za znakomite towarzystwo i perfekcyjne tłumaczenie.

Tobie również dziękuję za przeczytanie do końca, choć był to tylko wielki skrót tego, co chciałbym przekazać, ale musiałbym mieć całą witrynę dla siebie, a nie tylko ten fragment, aby móc choćby spróbować oddać w pełni to, co czułem i czuję.