Małgorzata Bielińska

1 Styczeń 2014

Minęło kilka lat od pobrania szpiku. W miejscu wkłuć, tuż nad pośladkami, nie ma prawie śladu, a ja dalej nie potrafię opisać tej historii. Myślałam, że z biegiem czasu emocje opadną, usiądę przed komputerem i po prostu podzielę się z Wami moimi przemyśleniami.

Uczucia, jakie siedziały we mnie od odebrania telefonu do pobrania szpiku były tak silne, że nigdy nie będę w stanie sensownie wypowiedzieć się na ten temat. Pamiętam, że koleżanki myślały, że wygrałam na loterii - taka byłam szczęśliwa. Potem przyszedł strach, że może nie jestem na tyle zdrowa, by zostać dawcą. Może nie dbałam o siebie wystarczająco, bo przecież nie żyjemy zastanawiając się, że od naszego zdrowia może zależeć czyjeś życie.

Na szczęście okazałam się być zdrowa jak ryba i wszystko przebiegło pomyślnie. Z resztą nie miało prawa być inaczej, ponieważ czuwali nade mną wspaniali specjaliści nie tylko w szpitalu, ale i w fundacji. Po pobraniu nie mogłam uwierzyć w to, co się stało. Nie docierało do mnie, że ratuję komuś życie. Przecież nic takiego nie zrobiłam, nie cierpiałam, nie musiałam się niczego wyrzekać, z niczego rezygnować, to mnie nic nie kosztowało... żadnego wysiłku. Po prostu stawiłam się w umówionym terminie w szpitalu.

Czy to możliwe, że tak niewiele wystarczy, by kogoś ocalić? Czy tak niewiele wystarczy, by nadać sens swojemu życiu? Dziś wiem, że tak.