Martyna Olszewska

26 Sierpień 2014

13 listopada 2013. Ponure jesienne popołudnie dla mnie było wyjątkowo słoneczne. Zadzwonił telefon, jak zazwyczaj po powrocie z pracy gdzieś rzucony i zapomniany. Nieodebrane połączenie z numerem kierunkowym 22.. Pierwsza myśl – oferta bankowa/telemarketer, itp. Jednak na szczęście DKMS uderza „drzwiami i oknami”, bo już po kilku minutach zadzwonił telefon stacjonarny: „Dzwonię z Fundacji DKMS Polska, mamy dla pani ważną informację”. Nie do końca pamiętam dalszy ciąg tej rozmowy, a właściwie monologu, bo sama wydusiłam tylko, że zgadzam się na wszystko, a następnie Pani Berenika przedstawiła mi przebieg całej procedury i poinformowała o wysłaniu wstępnej dokumentacji mailem, którą później czytałam dziesiątki razy, a mimo to, słysząc wcześniej jak trudne jest odnalezienie bliźniąt genetycznych, nie mogło do mnie dotrzeć, że mnie to jednak spotkało.

Teraz wiem, że to może spotkać każdego, więc rejestrację należy bardzo dobrze przemyśleć, bo chyba najgorsze co można zrobić, to dać komuś ten mały promyk nadziei, a potem po prostu go zgasić.

A jak to było z moją rejestracją? Tu trzeba się cofnąć do początku 2009 roku, kiedy byłam kilka miesięcy po ukończeniu 18-stki. Szczerze mówiąc, nie pamiętam kiedy i w jakich okolicznościach dowiedziałam się o DKMS, wiem tylko, że rejestracja była dla mnie czymś naturalnym, uznałam, że skoro jestem zdrowa, spełniam wszystkie wymagania i jestem w 100% pewna, że się nie rozmyślę, to po prostu tak trzeba. Jednak nie liczyłam, że kiedykolwiek zadzwoni telefon, bo jak to? Nigdy nie miałam aż takiego szczęścia w przypadkach skąd inąd losowych. Ale jednak! A wracając do mojej historii… Pierwszym krokiem było oddanie kilku fiolek krwi do badań. Wszystko świetnie zorganizowane, DKMS zajmuje się przetransportowaniem próbek do docelowej kliniki, więc musiałam jedynie stawić się w przychodni, którą sama mogłam wskazać Fundacji. A potem zostało już tylko czekanie. I to był chyba najbardziej stresujący etap, ponieważ poinformowano mnie, że to może potrwać od 3 tygodni do 3 miesięcy, a to nie takie proste jak się nie myśli o niczym innym. Na szczęście telefon z informacją, że zgodność się potwierdziła i zostałam zakwalifikowana jako dawca zadzwonił już po niespełna 3 tygodniach. To była jedna z najlepszych wiadomości,jakie usłyszałam w życiu. Dowiedziałam się wtedy o terminach badań wstępnych, samego pobrania oraz że odbędzie się ono w Klinice w Dreźnie, a także o wybranej metodzie. W moim przypadku było to pobranie z talerza kości biodrowej, ale nie przejęłam się tym, myślałam tylko o tym, żeby już jechać, teraz, zaraz!

Jakiś czas później ruszyłam do Wrocławia, a stamtąd z tłumaczem Henrykiem Luchowskim prosto do Drezna, gdzie zakwaterowano mnie w hotelu, a rano rozpoczęły się badania w znajdującej się nieopodal klinice, podczas których towarzyszyli mi już inny potencjalny dawca oraz ponownie tłumacze Henryk i Maciej Luchowscy (pozdrawiam!), dzięki którym atmosfera była zupełnie nieszpitalna i nie było mowy o żadnym stresie. Badania trwały około 4 godzin i obejmowały EKG, USG, badania laboratoryjne, rozmowę z lekarzem i z anestezjologiem. Jeszcze tego samego dnia wróciłam do Wrocławia, a potem do domu. Tutaj chciałabym zaapelować, żeby nie zrażać się odległością, bo sama jestem z Pomorza, ale Fundacja jest w tej kwestii, jak i w każdej innej, bardzo pomocna i sprawnie rozwiązuje wszystkie problemy logistyczne.

Po kilku dniach kolejne nerwy zostały zażegnane, wyniki badań okazały się dobre i pozostało już tylko czekać na termin zabiegu. Na kolejny wyjazd mogłam już zabrać osobę towarzyszącą, był to mój (wtedy jeszcze) znajomy, Mateusz, który 2 lata wcześniej był po tej drugiej stronie i zna temat z perspektywy biorcy (i jak tu wierzyć, że życiem rządzą przypadki?), a z pobrania wracaliśmy już jako para, co jest kolejnym, nie do końca medycznym, wątkiem mojej historii. W klinice musiałam zjawić się wieczorem dnia poprzedzającego zabieg, gdzie ponownie zrobiono mi podstawowe badania i pozostało tylko czekać do rana. Na salę operacyjną zostałam zawieziona około 7 rano (nie zważajcie na nazewnictwo, trudno pobranie szpiku zaliczyć do „operacji”). Potem pamiętam już tylko maskę z tlenem i lekkie drętwienie ręki, do której podłączono wenflon. Była to moja pierwsza narkoza, więc nie wiedziałam do końca czego się spodziewać, ale wszystko poszło sprawnie, obudziłam się w planowanym czasie (mając wrażenie, że minęła góra minuta) i jedyną niedogodnością było chwilowe zimno, które trwało może około 5 minut. Oprócz tego nie odczułam żadnych skutków narkozy jak i samego pobrania. Po przebudzeniu musiałam sprawdzić czy rzeczywiście mam jakieś namacalne ślady, że w ogóle coś zostało zrobione. Znalazłam dwa niewielkie plasterki w dolnej części pleców i wiedziałam, że jednak to zrobiłam! A dzień później rano zostałam wypisana i mogłam jechać do domu.

W drodze powrotnej otrzymałam kolejny telefon z DKMS z informacją, na którą czeka zapewne każdy dawca. Kim jest ten ktoś po drugiej stronie? Dowiedziałam się, że mam 18-letniego brata w USA! Dwie maleńkie blizny przypominają mi o tym, co się wydarzyło, i że z całą pewnością nie było tylko snem, co do dziś zdarza mi się podejrzewać.

Jednak na tym nie skończyła się moja historia. Pod koniec marca telefon znów zadzwonił. Była to Pani Małgorzata Klein, która udzielała mi wszelkich informacji przed pobraniem. Mój brat potrzebował kolejnego przeszczepu. Standardowo padło pytanie czy zgadzam się na pobranie tym razem komórek macierzystych, odpowiedź była oczywista. Teraz jednak sytuacja była pilna, więc wszystko było zorganizowane w znacznie krótszym czasie, ponieważ badania wstępne miałam zaplanowane już w niecały tydzień, a pobranie po kolejnym tygodniu. Ponownie podróż do Drezna z przystankiem we Wrocławiu i ponowne badania, dobre wyniki i powrót do domu, gdzie czekało na mnie zadanie podawania sobie przez kilka dni czynnika wzrostu otrzymanego w klinice poprzez wstrzyknięcia podskórne za pomocą cieniutkiej igły, z czym bez problemu radziłam sobie sama, a uczucie można porównać z ukąszeniem komara.

Kolejny wyjazd, kolejne pobranie. Znowu towarzyszyli mi Mateusz oraz Maciej i Henryk Luchowscy, a na fotelu obok Klaudia, która także oddawała komórki (również pozdrawiam!). Samo pobranie trwa około 4 godzin i polega na podłączeniu dwóch przewodów, każdy do jednej ręki, pierwszy w zgięciu łokciowym, a drugi w nadgarstku, więc jedną ręką można swobodnie ruszać. Pod koniec jednak okazało się, że nie jestem takim standardowym przypadkiem jak mi się wydawało, a mianowicie nie tylko przydarzyło mi się oddawanie szpiku obiema metodami, ale także mój organizm jest odporny na czynnik wzrostu i wyprodukował zbyt mało komórek macierzystych. Fundacja informowała mnie o takiej ewentualności, ale nadmieniono, że są to sytuacje sporadyczne, a konkretnie jak do tej pory wśród dawców z DKMS była jedna taka osoba. No cóż, okazało się, że jednak dwie. Na szczęście dzięki profesjonalizmowi i zaangażowaniu lekarzy udało się rozwiązać ten problem, chociaż było konieczne ponowne pobranie. W tej sytuacji miałam resztę dnia na zwiedzanie Drezna, a rano wróciłam na drugą rundę. Kolejne 4 godziny, mimo rewelacyjnego i przesympatycznego personelu medycznego, tym razem w większym napięciu. Na szczęście wszystko poszło dobrze i ostatecznie ilość pobranych komórek okazała się zadowalająca. Mogliśmy wracać do domu. Było mi nawet trochę smutno, że to już, bo w klinice czułam się już jak wśród przyjaciół, jednak przede wszystkim myślałam o moim bliźniaku i o tym, żeby tym razem wszystko poszło dobrze…

Po kilku tygodniach otrzymałam maila z Fundacji z informacją o stanie jego zdrowia, który wtedy nie był jeszcze najlepszy, mimo wypisania go do domu. Teraz czekam na kolejne wiadomości i z całej siły ściskam kciuki za jego powrót do pełni sił.

Jak widać na mojej drodze pojawiło się kilka wybojów, jednak bez wahania powtórzyłabym to wszystko jeszcze raz, albo i więcej, więc jeśli jesteś zdrowy/a, chcesz pomóc i wiesz, że podejmiesz odpowiedzialną decyzję, nie wahaj się! Takich przeżyć, świadomości, że gdzieś tam, czasem na końcu świata, jest ktoś tak bardzo do Ciebie podobny i to właśnie TY możesz mu pomóc, satysfakcji (a w moim przypadku także znalezienia drugiej połówki) nie da się kupić za żadne pieniądze.