Mateusz Paczkowski

11 Styczeń 2014

Wszystko zaczęło się za czasów liceum, kiedy to byłem wolontariuszem DKMS-u. Siedziałem w ławce, przyjmując zgłoszenia ludzi, którzy chcieli nieść pomoc innym. Wtedy właśnie pomyślałem: „A co mi szkodzi! Spróbuję. To nic mnie nie kosztuje, a może uratuję czyjeś życie.”

Od tej sytuacji minęło dość sporo czasu, zapomniałem już o takowej akcji. Jednak około 2 lata później dostałem telefon z fundacji, że moja próbka krwi oddana przy rejestracji przeszła pierwszy etap, a mnie proszą o zgłoszenie się na kolejne badania. Byłem w szoku, jak to usłyszałem, nie mogłem uwierzyć, że to akurat ja mogę być tym szczęśliwcem, który ofiarując cząstkę siebie, może uratować komuś życie.

Mijały dni, mijały kolejne badania, napięcie rosło, coraz bardziej prawdopodobne stawało się to, że zostanę dawcą komórek macierzystych. Aż wreszcie wyznaczono mi termin badań wstępnych i pobrania komórek.

W tym momencie zaczął się kolejny rozdział tej „przygody”. Zaczęły się wyjazdy do Drezna, wizyty w klinice. Wszystko to zrobione było bardzo profesjonalnie, zapięte na ostatni guzik. I nadszedł wreszcie ten dzień, w którym trzeba było wstać z samego rana, siąść na fotel i oddać komórki. Cały ten proces przebiegł całkowicie bezboleśnie, w moim przypadku trwało to jedynie półtorej godziny. Ani przed zabiegiem (biorąc Granocyt), ani po zabiegu nie czułem się źle, żadnych zawrotów głowy, żadnego osłabienia.

Mam ogromną nadzieję, że organizm mojego „genetycznego bliźniaka” z Czech bez problemu poradził sobie z nowymi komórkami.

Wszystko to działo się pod nadzorem wielu ludzi. Ciągła kontrola telefoniczna Zuzanny Jastrzębskiej i Magdy Wilk. Opieka tłumacza, kierowcy Maćka Luchowskiego. Przeprowadzenie badań i kontrola podczas zabiegu przez lekarzy i pielęgniarki kliniki. Wszystkim tym ludziom z całego serca dziękuję.