Nina Zakrzewska

1 Styczeń 2014

Moja przygoda z Fundacją DKMS zaczęła się 8 czerwca 2009 r., kiedy poszukiwano dawcy szpiku kostnego dla 22-letniej Ani Seweryn. Buntowałam się, że tak młoda osoba, która może być moją córką zachorowała. Zgłosiłam się, żeby dać jej szansę i nadzieję, której nie można drugiemu człowiekowi odbierać. I tak na mojej uczelni, Akademii Ekonomicznej w Katowicach, zostałam zapisana do Banku Dawców. Na moją decyzję wpłynął także fakt, że na białaczkę zmarła moja 8 letnia siostra. Był wtedy rok 1964 i nie było takich możliwości, jak obecnie. Chorowała 5 miesięcy, a ja dalej za nią tęsknię.

Mimo tego, że zapisałam się do banku dawców, to jednak nie przypuszczałam, że gdzieś na świecie żyje ktoś zgodny ze mną genetycznie i do tego jeszcze ktoś chory i potrzebujący, komu tylko ja będę mogła pomóc.

W marcu 2010 r. zadzwoniono do mnie z Fundacji DKMS z pytaniem, czy podtrzymuję dalej decyzję i czy chcę zostać dawcą, bo jest ktoś, kto potrzebuje mojej pomocy. Chociaż telefon ten był dla mnie wielkim zaskoczeniem, ale i wielką radością powiedziałam od razu, że tak.

Kiedy już wiedziałam, że jest ktoś chory i jak ten rozbitek na oceanie trzyma się deski i czeka na szansę nowego życia, to nie mogłam mu odmówić. Cieszyłam się bardzo.

A potem kolejne badania potwierdzające, że mogę być dawcą w Katowicach i w Dreźnie. 23 kwietnia w piątek był ten dzień, kiedy odbył się rano zabieg pobrania szpiku z kości biodrowej. Przed zabiegiem, który był dla mnie sytuacją nową, bałam się, jak każdy człowiek. Bałam się, czy się obudzę po zabiegu i czy zobaczę moje dzieci. Moja serdeczna koleżanka powiedziała to tak jakbyś rodziła kolejne dziecko, ale przez cesarskie cięcie. I to mnie uspokoiło i powtarzałam sobie to zdanie codziennie, żeby się uspokajać. Moim wielkim wsparciem przez cały czas do zabiegu była z Fundacji DKMS Zosia Olszewska, która okazywała mi wiele serca, a jej głos łagodził moje emocje.

Po zabiegu, którego nie pamiętam, bo był w znieczuleniu ogólnym cieszyłam się, że się obudziłam i że czuję się bardzo dobrze. Moja radość była wielka i tak, jak pozostali dawcy mogę powiedzieć tylko tyle, że zrozumie mnie tylko ten, kto zrobił to samo. Tłumacz wysłany ze mną przez Fundację DKMS - Maciej Luchowski, który w czasie mojego dwukrotnego pobytu w Dreźnie był moim Aniołem Stróżem, ślicznie nazwał nas dawców zaczarowanymi ludźmi.

Po zabiegu dowiedziałam się komu dałam szansę i nadzieję na życie, a jest to kobieta trochę starsza ode mnie, która w swojej chorobie tak bardzo czekała na przeszczep. Trzymam za nią kciuki i życzę dużo zdrowia i szczęścia, które jej do tej pory nie opuściło.

Mogę powiedzieć, że pobyt w Dreźnie był dla mnie wielką i radosną przygodą. Na następny dzień po zabiegu w sobotę zostałam wypisana i mogłam zwiedzać Drezno w towarzystwie małżonka i tłumacza Macieja Luchowskiego. Spędziliśmy ten czas w Dreźnie bardzo miło i radośnie i mieliśmy wiele zabawnych sytuacji. Już w poniedziałek wróciłam do moich obowiązków w pracy.

Jeżeli macie wątpliwości, czy zostać dawcą szpiku kostnego, to powiem wam nie bójcie się i zróbcie to. Warto żyć dla takich chwil.