Patryk Szarota

11 Styczeń 2014

Jeżeli wyobrażasz sobie wielką siostrę "Basen" stojącą nad Tobą z igłą jak rura, którą nagle wbija w Twój rdzeń kręgowy śmiejąc się demonicznym głosem to... faktycznie masz bujną wyobraźnię).

Naturalnie rejestracja jest prosta, bardzo dobrze opisana na stronie DKMS, więc nie ma tu nic ciekawego do opowiadania i też nie o tym chcę pisać. Pewnego dnia dzwoni do mnie nieznany numer telefonu. Odbieram, bo przecież może coś wygrałem?! A tu pracownik informuje mnie, że jest dla mnie potencjalny biorca, a raczej ja jestem dla kogoś dawcą. Potem wymiana telefonów i wysyłanie listów.

FAKT 1: Wszystko było bardzo szczegółowo opisywane i za każdym razem byłem pytany czy podtrzymuję decyzję o dalszej współpracy. Do samego końca nie wydarzyło się nic, na co zgody bym nie wyraził lub bym o czymś nie wiedział, a co mnie miało dotyczyć.

Potem wyjazd do Warszawy na badania. Szpital kliniczny, w którym miałem badania jest dość duży, składa się z 5 osobnych budynków połączonymi "tunelami". Jakimś cudem trafiłem do miejsca spotkania. Tam poznałem bardzo profesjonalny oraz sympatyczny personel. Badania, badania, badania, nudy, nudy, nudy. Poznajemy dostępne opcje, tym razem w rozmowie z lekarzem - nie ma wątpliwości, doświadczonym lekarzem. Jest czas, aby popytać i rozwiać jakikolwiek wątpliwości. Jeżeli tam traficie to polecam restaurację - bardzo dobry budyń z galaretką.

FAKT 2: Dostałem materiały, które dokładnie opisywały czym, jak i gdzie dostać się do hotelu czy szpitala. Warszawy nie znam, a mimo to nie było żadnego problemu, aby dostać się na czas do wyznaczonego miejsca.

Dostałem zestaw do kłucia się. Bardziej był męczący stan grypowy w wyniku podawania czynniku wzrostu niż dyskomfort wynikający z igły i strzykawki. Ale nie ma co panikować - normalnie chodziłem do pracy i na zajęcia uczelniane. Wtedy też otrzymałem bezpośredni numer telefonu do osoby prowadzącej / koordynującej to wszystko. Mogłem zadzwonić o każdej porze dnia i nocy.

"Dzień sądu" - pobranie. Przychodzę, rozmowa z lekarzem i ta... PRALKA. Urządzenie, które pobiera komórki macierzyste wygląda jak przerośnięta pralka, co później okazało się nie taką znów oderwaną od rzeczywistości przenośnią. Rozsiadam się na fotelu, który powinienem mieć w domu - szalenie wygodny. Jestem podłączany i nagle przychodzi do świadomości przerażająca myśl: "O kurdę! Co ja teraz przez 4 godziny będę robił?!". Całe szczęście, że pielęgniarka zlitowała się nade mną i puściła mi film z kasety. Czemu zlitowała? A temu, bo mieli chyba z 4 kasety, więc wyobraźcie sobie ile razy musiała to widzieć wcześniej?! Dnia następnego powtórka z rozrywki. Oczywiście nikt nie grzebał mi w rdzeniu kręgowym, byłem podłączony do pralki, która przetaczała mi krew z jednej ręki do drugiej sprzętem jednorazowego użytku.

FAKT 3: Od momentu przyjścia do momentu wyjścia byłem pilnowany przez 4 pielęgniarki i 2 lekarzy.

Piszę do Ciebie to wszytko Czytelniku dzień po pobraniu komórek macierzystych. Może Ci się wydawać na podstawie tego, co napisałem, że to wszytko to jedna wielka zabawa. Pamiętaj, to nie zabawa - specjalnie pisałem takim stylem, abyś wiedział/-a, że nie potrzeba wielkich poświęceń, aby pomóc potrzebującemu, ale to nie znaczy, że nie było momentów zwątpienia czy niepokoju. Pamięć o istocie sprawy pomagała mi dalej trwać i mam nadzieję, że Tobie pomoże dokonywać słusznych wyborów.