Paulina Telega

11 Styczeń 2014

„Prawdziwy sukces odnosimy wtedy, gdy dajemy siebie innym”. Ks. Jan Bosko

Moja przygoda z Fundacją DKMS zaczęła się w roku 2010 podczas dni dawcy w Gorzowie Wlkp. Zapisałam się ponieważ jestem przekonana, iż każdy z nas niewielkim wysiłkiem może podarować drugiej osobie to, co jest najważniejsze, szansę na dalsze życie. Ta myśl sprawiła, że pełna pozytywnej energii zaczęłam uświadamiać znajomych. Tak to się zaczęło.

A później…
Pierwszy telefon dostałam w okolicach maja 2011, był to ciężki dzień pracy, ale zakończył się idealnie. Wychodziłam z pracy szczęśliwa i pełna nadziei, że to, co robiłam do tej pory miało sens, no i przy okazji znalazł się kolejny cel, a życie nabrało barw.
Badania w Gorzowie, kolejny telefon, że przechodzę dalej i pierwszy wyjazd do Drezna. Badania w klinice przebiegły w spokoju, bezboleśnie, szybko i w przyjaznej atmosferze. Wszystko się udało i wyznaczono termin pobrania. Cieszyłam się, choć nie brakowało troszeczkę obawy, jak to będzie. Pięć dni przed pobraniem zaczęłam brać zastrzyki w brzuch. Sam zastrzyk bezbolesny, doszły do tego jedynie bóle mięśniowe i problemy z zasypianiem. Chociaż należę do osób marudnych, to niedogodności były jak najbardziej znośne. Bezsenność natomiast pomogła w nadrobieniu zaległości w książkach i była wytłumaczeniem na dłuższe leżakowanie.
Nadchodził termin ponownego wyjazdu do Drezna. Na pobranie mogłam zabrać osobę towarzyszącą, ale jakoś tak wyszło, że nikt z rodziny nie miał ochoty na wycieczkę do Drezna. Nie chciałam jechać sama więc zaprosiłam kolegę . I tym samym po pobraniu znalazł się kolejny cel.

Pobranie…
Pobranie bezbolesne, towarzystwo idealne, więc czego chcieć więcej. Trzy dni w Dreźnie spędzone w towarzystwie przesympatycznych ludzi, Maćka (tłumacz), Dariusza z żoną Asią i mojego Kamila. Dowiedziałam się, że mam 3,6 litra krwi w organizmie i przetaczali mi ją prawie 4 razy przez niecałe 4 godziny. Tak po prostu.

I tak zakończyła się moja przygoda. Z mojej strony nic wielkiego, a ze strony biorcy, hmm… pomyślcie sami. Teraz czekam na informację z Fundacji o tym jak czuje się mój „biologiczny bliźniak” i „zarażam„ innych tą wielką sprawą.
Co można dodać więcej – polecam i zachęcam.

Tak niewiele wysiłku z Twojej strony może uratować czyjeś życie, może zmienić również Twoje.