Tomasz Nocuń

10 Styczeń 2014

17 kwietnia 2011 roku, „Dzień Dawcy Szpiku dla Magdy” zorganizowany w Warce - niewielkiej miejscowości niedaleko Warszawy. Tej właśnie niedzieli moja dziewczyna starała się namówić mnie do zarejestrowania się razem z nią jako potencjalny dawca szpiku kostnego. Na początku nie byłem jakoś bardzo przekonany tym pomysłem, ale koniec końców ruszyliśmy do naszego Centrum Sportu i Rekreacji, aby się zarejestrować. Wypełnienie formularza rejestracyjnego i pobranie krwi do badań nie zajęło nam dużo czasu, a ja byłem coraz bardziej przekonany do tego pomysłu i zadowolony, że dałem się jednak namówić na rejestrację.

W sierpniu wyjechaliśmy odpocząć nad nasze piękne polskie morze, z nad którego wróciliśmy już jako szczęśliwi narzeczeni. Kilka dni po powrocie z wakacji otrzymałem wiadomość na pocztę głosową z prośbą o kontakt od jednego z pracowników DKMS Polska, oddzwoniłem od razu. Pan Andrzej Zaczek poinformował mnie, że znalazł się mój „genetyczny bliźniak” potrzebujący mojego szpiku w walce ze swoją chorobą. Słysząc pytanie „Czy nadal jest Pan zdecydowany?” od razu odpowiedziałem krótkie „Tak.”. Wtedy Pan Andrzej szczegółowo wyjaśnił mi, w jaki sposób odbywa się pobranie szpiku kostnego oraz pobranie komórek macierzystych z krwi obwodowej.

Kiedy wróciłem do domu nastąpił moment poinformowania rodziców o sytuacji, która nie za bardzo przypadła im do gustu. Przerażała ich myśl, że wszystko ma się odbyć w klinice w Dreźnie, a nie w Polsce. W końcu oznajmiłem im, że jest to moja osobista decyzja i jej nie zmienię, że chcę dać komuś szansę na nowe życie, ostatecznie rodzina pogodziła się z moim wyborem. Po wypełnieniu otrzymanej drogą mailową ankiety medycznej i wysłaniu jej do Fundacji otrzymałem kolejny telefon z DKMS’u - tym razem od Pani Zuzanny Jastrzębskiej, która ustaliła ze mną termin pobrania krwi w mojej przychodni zdrowia w celu dalszych, bardziej szczegółowych badań. Kolejny telefon z informacją, że wszystko jest w porządku i ustalenie terminu badania wstępnego w klinice w Dreźnie oraz ewentualnego pobrania komórek macierzystych.

Myśl o pierwszym wyjeździe do Niemiec była nieco przerażająca z racji, że na badanie jedzie się samemu, ale szczęście na myśl o możliwości uratowania komuś życia było o wiele większe. Tak więc 12 grudnia wsiadłem w pociągu i ruszyłem do Wrocławia, skąd miał mnie odebrać tłumacz Maciej Luchowski wraz z Marcinem, który razem ze mną miał jechać na badania wstępne. Po dotarciu i zapoznaniu się z towarzyszami ruszyliśmy po naszego ostatniego kompana - Paulinę, która miała oddawać leukocyty dla swojego „bliźniaka”. Badania przebiegły pomyślnie. Po otrzymaniu torby z hormonem wzrostu komórek macierzystych i niezbędnej dokumentacji, poczekaliśmy na koniec zabiegu Pauliny i ruszyliśmy do Polski.

Po kilku dniach od powrotu kolejny telefon potwierdzający pozytywny wynik badań. 5 dni przed zabiegiem rozpocząłem przyjmowanie hormonu. Podczas całego okresu przyjmowania zastrzyków codziennie dzwonił do mnie jeden z koordynatorów - Pani Magda Wilk, szczegółowo wypytując mnie o moje samopoczucie. Na początku roku ponownie (lecz tym razem już z narzeczoną) wsiadłem do pociągu, który miał nas zawieść do Wrocławia, gdzie z dworca kolejowego odebrał nas Maciek. Szybko zapakowaliśmy bagaże do samochodu i ruszyliśmy dalej.

Wreszcie nadszedł upragniony dzień zabiegu. 7 rano, ostatni zastrzyk, śniadanie i do kliniki, gdzie zostaliśmy z uśmiechem powitani przez lekarzy i pielęgniarki. Chwilę po godzinie 8 byłem już podłączony do separatora, który miał oddzielić komórki macierzyste od mojej krwi. Po upływie 90 minut dostałem informację od zaskoczonych nieco lekarzy, że w tak krótkim czasie udało się zebrać potrzebną ilość komórek macierzystych. Krótka informacja od lekarzy i do hotelu. Po godzinie 15 otrzymałem kolejny telefon od Pani Magdy: „Dziewczynka, 8 lat, Anglia”, a na mojej twarzy pojawił się ogromny uśmiech. Na pytanie „Czy zdecydowałby się Pan zrobić to jeszcze raz?” odpowiedziałem Pani Magdzie od razu „Tak, mam nadzieję, że będę mógł to zrobić jeszcze nie jeden raz.” Po czym z uśmiechem na ustach i radością w sercu wróciliśmy do Polski.

Chciałbym gorąco podziękować mojej wspaniałej narzeczonej, że namówiła mnie na rejestrację, wszystkim koordynatorom za to, że tak dokładnie i cierpliwie udzielali mi wszystkich informacji i odpowiadali na zaistniałe pytania oraz Maciejowi, któremu jedno mogę powiedzieć co przychodzi mi od razu na myśl: „Trzymaj się, łysy” i rób to, co robisz wciąż z taką pasją jak dotychczas. A do was drodzy czytelnicy skieruję oklepane zapewne, ale szczere i prawdziwe słowa: „Naprawdę warto pomagać. Podaruj innemu człowiekowi szansę na nowe życie”.