Wojciech Lichota

10 Styczeń 2014

"Tyle sensu w moim życiu, ile jestem potrzebny" te słowa prowadzą mnie za rękę niczym niewidzialna siła.

Czerwiec 2012, zabezpieczenie medyczne pikniku lotniczego. Jestem ratownikiem i chciałem w inny niż dotychczas sposób uratować komuś zdrowie, bądź życie. Poszukiwano szpiku dla motocyklisty z Olsztyna, chorego na białaczkę. Zarejestrowałem się, jednak podczas składania podpisu ktoś stracił przytomność. Zawołano zespół naszej karetki do poszkodowanej. Całkowicie zapomniałem wrócić się, by sfinalizować podpis. Przeurocza Pani, która pobrała ową kartę ode mnie również musiała to przeoczyć.

Lipiec 2012, na początku miesiąca Fundacja DKMS przysyła kartę z prośbą o podpis, gdyż bez tego jest nie ważna. Nie ma jednak czasu na to, ruszam na Misję Medyczną na Ukrainie i przez cały miesiąc mnie nie ma. W sierpniu jakoś brak czasu, by podejść 200m na pocztę i wysłać formularz.

Początek września. Tchniony impulsem wysyłam kartę wraz z kwiecistą mową napisanym listem przewodnim. Miesiąc później dostaję tajemniczy telefon. Hasło "panie Wojtku - mamy biorcę!!!" z potencjałem miny fugasowej wybucha we mnie radością, iż marzenie się spełnia.

Następnie masa elektronicznej epistolografii i masa ciepłych maili od Pań z DKMS. W połowie listopada jestem już w Klinice na badaniach wstępnych. Uderza mnie ciepło i troska, jaką personel medyczny obdarza dawców. Jakoś nie dociera do mnie, jak wielkim aktem może być dla osoby chorej pobranie komórek czy też szpiku.

W połowie grudnia zaplanowane pobranie komórek macierzystych jest w toku. Każdy atom mojego ciała drży z podniecenia. Widzę jak w woreczku zbierają się komórki, które lada chwila polecą gdzieś w świat. To uczucie, gdzie daję dosłownie cząstkę siebie, tak niewiele, a jak wiele dla kogoś, kto walczy o życie. Czuję lekkość ducha, rozpierającą energię krążącą po orbicie myśli. Był to akurat czas świąteczny, więc pielęgniarka, w której uśmiechu w jednej chwili się zakochałem podarowała mi ręcznie robioną, przestrzenną gwiazdę z papieru. Zapomniałem nazwę, lecz to jak gdyby miejscowy zwyczaj wieszania owych gwiazd na domostwach. Taki piękny symbol i podziękowanie - bardzo mnie to urzekło.

Gdy pobranie zakończyło się, uśmiech gościł na mojej twarzy, widziałem radość w oczach personelu medycznego, bo kolejny dawca to być może kolejne ofiarowane życie. Pielęgniarki com prende pakują moje komórki i jedna z nich wybiega na zewnątrz. Godzinę później dowiaduję się "Mężczyzna, 32 lata z USA". I kolejna fala emocji, zawsze chciałem odwiedzić Stany, teraz cząstka mnie podróżuje akurat tam.

Dość przypadkiem chwilę później słyszę Harlem - Kora i słowa "prowadzi mnie niewidzialna siła, która nadaje sens i każe trwać. Tak mało, a przecież tyle..." i słowa te nabrały potężnego znaczenia.

Miesiąc po pobraniu puka do drzwi kurier. Z pudełka wyjmuję blaszanego anioła, ręcznie robionego, trzymającego puzzle DKMS i podziękowanie za szanse na czyjeś nowe życie, a także życzenia, by owy anioł zawsze czuwał. Również mogę podziękować za spełnienie jednego z marzeń, a także za wszelką życzliwość, jakiej uświadczyłem podczas całego procesu mojego dawstwa

Potrzeby dawstwa są ogromne, każdy z nas może bezpośrednio uratować komuś życie. Dlatego też na każdym kroku propaguję tę ideę.