Historia Dawcy

Damian Kowalczyk - historia dawcy komórek macierzystych

1 Październik 2020

Mam na imię Damian. W bazie potencjalnych dawców szpiku fundacji DKMS zarejestrowałem się 3 lata temu. Chciałem pomóc komuś w wyjątkowy sposób i zdecydowałem się na rejestrację jako potencjalny Dawca szpiku. Telefon milczał, a ja czasami wracałem myślami do tematu dawstwa. W końcu zadzwoniła pani z fundacji.
 
W pierwszej chwili pomyślałem "Pewnie jakieś pytania o aktualność danych...", ale nie! To był ten najważniejszy telefon, że komuś mogę pomóc i czy nadal wyrażam zgodę na pobranie. Potwierdziłem bez zastanowienia gotowość na pobranie w obu formach, jednak wystarczyło pobranie komórek macierzystych z krwi obwodowej. Jeszcze kilkukrotnie zapytano mnie, czy na pewno, bo czym później "zawrócę", tym gorzej.
 
Zostałem umówiony na wstępne pobranie krwi. I tu pojawił się problem... Panicznie boję się igieł!  Z przygodami (zachowam je dla siebie ) pobrano mi krew. Po kilku dniach wiadomość- wszystko ok-możemy działać dalej. Zostałem umówiony w klinice na badania wstępne. Ciągle myślałem jak ja dam radę? Nie było nawet mowy o odwrocie, tylko jak to przetrwać?
 
Przyszedł dzień badań wstępnych. Powiedziałem o moim strachu. Pani w klinice zajęła się mną tak profesjonalnie, że nawet nie wiedziałem kiedy i było po pobraniu krwi! Sam nie wierzyłem, że tak łagodnie przeszedłem pobranie krwi, której do badań potrzeba było więcej niż poprzednio. Później reszta badań i wróciłem do domu, oczekując na "dzień zero".
 
Na klika dni, przed pobraniem komórek, musiałem przyjąć serię zastrzyków do samodzielnego podania (znowu igły...), które otrzymałem w klinice podczas badania wstępnego. Cóż, podołałem i temu zadaniu. Po zastrzykach czułem się gorzej, jak przy silnym przeziębieniu. Ale czym jest te moje cierpienie w porównaniu z tym, co na pewno przeszedł do tej pory mój biorca? Wiele myślałem o moim bliźniaku genetycznym. Jak wygląda? Kim jest? I ta obawa, aby wszystko się udało i wyzdrowiał. Po prostu czułem się odpowiedzialny za niego, nie znając go.
 
"Dzień Zero"-całą noc nie spałem. W głowie "siedziały" mi tylko te nieszczęsne wenflony, które za parę godzin miały tkwić w moich żyłach... Ale jednocześnie nie mogłem się już doczekać. Cóż, w klinice przywitała mnie ta sama pielęgniarka co poprzednio. Wbiła wenflony i...NIC! Nic nie czułem. Żadnego strachu, czy słabości z powodu igieł. Pełen profesjonalizm i miła atmosfera. Samo pobranie jest przyjemne. Wygodny fotel, żadnego nieprzyjemnego uczucia, czy skutków ubocznych.
 
Po pobraniu otrzymałem legitymację Dawcy Przeszczepu wraz z odznaką. Chyba najważniejsze dla mnie osiągnięcie. Duma mnie rozpierała i rozpiera nadal. Po powrocie do domu otrzymałem telefon z fundacji z podziękowaniami i zapytaniem o samopoczucie. No i najważniejsza informacja-biorca to mała dziewczynka z zagranicy! Czyli gdzieś na świecie mam siostrę! Niesamowite uczucie, że można było tak bardzo komuś pomóc i to w dodatku małemu dziecku.
 
Podczas przechodzenia przez wszystkie etapy cały czas czułem się bezpiecznie. Fachowość z jaką się to wszystko odbywało robi wrażenie. W żadnym momencie nie czułem się niepewnie. Fundacja przez cały czas była ze mną w kontakcie nie pozostawiając mnie samego.