Beata Gos

9 Czerwiec 2016

Rok 2013 - zobaczyłam reklamę w TV „I Ty możesz zostać Dawcą”. Wtedy pomyślałam, a może to jest ten moment, kiedy mogłabym komuś pomóc? To była chwila, impuls. Weszłam na stronę internetową DKMS i zaczęłam czytać. Serce biło mi jak szalone jakbym już komuś pomogła tylko czytając zawarte informacje na stronie. Zadzwoniłam do siostry poinformować ją, że chcę być Dawcą i zarejestrowałam się jako potencjalny Dawca komórek macierzystych. Nie była ona zadowolona, bo jak większość osób, z którymi rozmawiałam na temat oddania komórek macierzystych, nie wiedziała czy ta forma pomocy jest bezpieczna. Jej obawy mnie nie zniechęciły.

Po rejestracji szybko otrzymałam zestaw do pobrania materiału genetycznego. Oddałam wymaz, spakowałam do opakowania i wysłałam. Przez pierwszy rok czekałam z napięciem, że znajdę Bliźniaka genetycznego. Potem już „ciśnienie” ze mnie zeszło, zapomniałam o tym. O tym, że zarejestrowałam się jako potencjalny Dawca komórek macierzystych przypominały mi broszury DKMS, które otrzymywałam na adres zamieszkania (dzięki temu namówiłam siostrę, żeby dokładniej przeczytała o idei Fundacji i się zarejestrowała. Teraz było nas dwie oczekujące na telefon).

Kwiecień 2016 r.- szalony dzień w pracy, większość dnia nie miałam telefonu przy sobie, leżał gdzieś na biurku przykryty papierami. Dosłownie na chwilę wróciłam do pokoju, aby odetchnąć od zgiełku, jaki mi towarzyszył od rana. Nagle dzwoni telefon, w pierwszej chwili nie chciałam odbierać, ale numer telefonu wydał mi się znajomy (choć minęło kilka lat pamiętałam numer ze strony internetowej DKMS). Przeszły mnie ciarki, odebrałam. Pani w słuchawce przedstawiła się, że jest z fundacji. Od razu pomyślałam „Boże znalazł się Biorca, a ja mogę pomóc”. Byłam szczęśliwa, kiedy moje przeczucie się sprawdziło. Pani zapytała czy nadal wyrażam chęć i gotowość do oddania komórek macierzystych. Moja odpowiedź brzmiała: TAK! Do zabiegu myślałam tylko o tym czy wszystko przebiegnie zgodnie z planem. Miałam tylko obawy czy dam sobie radę ze zrobieniem zastrzyków w brzuch. Bardzo boję się igieł bez względu, czy są to małe, czy też duże, każda powoduje we mnie odrzucenie i duży strach. Mimo mojego lęku nie dałam za wygraną. Codziennie, a nawet dwa razy dziennie, przy każdym przygotowaniu się do zrobienia zastrzyku mówiłam sobie, że mój strach jest niczym w porównaniu do strachu i lęku Biorcy i jego rodziny, jaki muszą przeżywać, walcząc o jego życie.

W dniu zabiegu czułam dużą adrenalinę, ekscytację. W końcu nadszedł ten dzień. Dwa wkłucia w żyły i po sprawie. Satysfakcja jest ogromna. Jeszcze tego samego dnia, wieczorem otrzymałam informację o płci, wieku i pochodzeniu Biorcy. Byłam bardzo szczęśliwa.

Po oddaniu komórek macierzystych, następnego dnia dopiero uświadomiłam sobie, że Biorca być może ma rodzinę, dzieci, które pragną jego szczęścia. Wtedy nie mogłam powstrzymać łez. Procedura pobrania komórek macierzystych przebiegła bardzo sprawnie, o wszystkim byłam informowana. Na każde pytanie otrzymywałam rzetelną odpowiedź. Nie spodziewałam się tak profesjonalnej opieki. Czułam się zaopiekowana, pewna i bezpieczna.

Codziennie, od czasu otrzymania telefonu z Fundacji słyszałam i słyszę od znajomych, że jestem bohaterką, że dokonałam wielkiego czynu. Ja natomiast odpieram te pochwały mówiąc, że jestem jedynie świadomym faktycznym Dawcą szpiku. Świadomość, że można zrobić coś dla drugiego człowieka jest czymś więcej niż bohaterstwem.

Pierwszego dnia po pobraniu szpiku pojawiłam się w pracy, wtedy właśnie otrzymałam od koleżanek i kolegów duże wsparcie oraz wiele prezentów. Powiedzieli, że w ten sposób chcieli mi okazać szacunek i podziw.

Mimo, że nie znam Biorcy, cały czas pozostaje w moich myślach. Trzymam mocno kciuki za Nią, aby w jak najszybszym czasie wróciła do zdrowia. Uważam, że takie akcie Fundacji DKMS mają sens, mogą wpłynąć na życie innego potencjalnego Dawcy.