Beata Nyderek

22 Luty 2016

Moja historia z DKMS zaczęła się z końcem 2013 roku, kiedy to skończyłam 18 lat. Wtedy właśnie zarejestrowałam się w bazie dawców komórek macierzystych poprzez wysłanie pakietu. Sam pomysł zrodził się w mojej głowie znacznie wcześniej, kiedy to mój wówczas dwu letni siostrzeniec zachorował na białaczkę. Kiedy jeździłam odwiedzać go do kliniki, zobaczyłam, jak bardzo cierpią te dzieci. Przysięgłam sobie wtedy, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, by pomóc chorym na raka krwi. Tak wszystko się zaczęło.

Niejednokrotnie organizowałam Dni Dawcy w moim mieście razem z przyjaciółmi i znajomymi. Po jakimś czasie wciągnęłam w to przedsięwzięcie przyszkolny Klub Honorowych Dawców Krwi. Podczas Akcji Krwiodawstwa organizowanych w mojej szkole były prowadzone rejestracje do bazy DKMS.

We wrześniu ubiegłego roku dostałam telefon z fundacji z pytaniem czy nadal podtrzymuję gotowość do zostania dawcą, ponieważ znalazł się pacjent, który być może pasuje do mnie. Oczywiście zgodziłam się i kilka tygodni później byłam na badaniach krwi potwierdzających moja zgodność z biorcą. Okazało się, że pasujemy do siebie, więc cała procedura ruszyła.

W styczniu tego roku, w jednej z krakowskich klinik, odbyło się pobranie. Moje komórki macierzyste powędrowały do kobiety w starszym wieku ze Stanów Zjednoczonych. Pobranie trwało kilka godzin. W jego czasie opiekowały się mną miłe pielęgniarki i sympatyczny lekarz. Podczas przygotowań i samego pobrania była przy mnie moja cudowna rodzina, na czele z mamą i siostrą, wspaniali przyjaciele i znajomi, niesamowity narzeczony i świetne nauczycielki. Chciałabym wszystkim i każdemu z osobna podziękować za wsparcie i pomoc.

Teraz czekam tylko na wiadomość o stanie mojej "bliźniaczki". Z całego serca życzę jej szybkiego powrotu do zdrowia, a wszystkich tych, którzy jeszcze nie są zarejestrowani, gorąco zachęcam, ponieważ być może to właśnie Wasze komórki macierzyste mogą być dla kogoś lekiem na raka krwi.