Karolina Krzymińska

3 Czerwiec 2016

Karolina Krzymińska O Fundacji DKMS dowiedziałam się w 2014r. w liceum, kiedy była organizowana akcja poszukiwania dawcy dla jednej z uczennic. Byłam miesiąc po osiemnastych urodzinach i od razu stwierdziłam, że się zapiszę, w końcu nic na tym nie tracę. Pobrano mi małą próbówkę krwi, wypełniłam ankietę i po wszystkim. Dokładnie pamiętam, jak wracając do domu zastanawiałam się jakby to było gdyby ktoś do mnie zadzwonił i szczerze powiem, byłam praktycznie pewna, że nigdy się tak nie stanie. Po kilku miesiącach otrzymałam kartę dawcy i dumnie nosiłam ją w portfelu.

Listopad 2015, czyli troszkę ponad rok od rejestracji, dzwoni telefon. Widzę nieznany numer rozpoczynający się na 22, czyli kierunkowy Warszawy. Mogę przysiąc, że pierwsze co przeszło mi przez głowę to Fundacja DKMS. No i nie myliłam się, kiedy Pan Kamil powiedział mi skąd dzwoni, czekałam tylko aż zada kilka pytań w celu przeprowadzenia ankiety czy czegoś podobnego, naprawdę aż do tej chwili nie wierzyłam, że znalazł się ktoś, komu mogę pomóc! Bez wahania, w ogromnym szoku,zgodziłam się na wszystko. Później badania krwi i po nich miałam czekać na wiadomość (w tym okresie znów obawiałam się, że okaże się, że jednak nie ma wystarczającej zgodności, nie wiem dlaczego, to było dla mnie po prostu niewyobrażalne).

Po około półtora miesiąca kolejny telefon. Gdy usłyszałam przemiły głos Pani Moniki, obudziła się we mnie ogromna nadzieja, że zostałam wytypowana. Nie zawiodłam się, otrzymałam wszystkie niezbędne informacje o dacie pobrania i badań wstępnych oraz że wybrano metodę pobrania szpiku z talerza kości biodrowej.

Na badania wstępne pojechałam do Warszawy, gdzie poznałam przesympatycznego Pana Profesora i mimo małych komplikacji zostałam zakwalifikowana do pobrania. Niestety kilka dni po tym dowiedziałam się, że stan biorcy nie jest najlepszy i trzeba przesunąć datę pobrania. Miałam jednak nadzieję, że wszystko skończy się dobrze. Po pewnym czasie kolejny telefon, stan biorcy nadal nie pozwala na przeszczepienie, dlatego pobranie ponownie zostanie przesunięte. Tym razem wszystko poszło już zgodnie z planem, krótko przed Wielkanocą mogłam podzielić się cząstką siebie. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że nie bałam się ani trochę, byłam bardzo pozytywnie nastawiona! Zabieg w znieczuleniu ogólnym trwał około godziny, wszystko odbyło się bez komplikacji. Czułam się naprawdę bardzo dobrze i jedyne, co mi doskwierało, to głód.

Jeszcze tego samego dnia zadzwoniła Pani Monika i dowiedziałam się, że biorcą jest dziecko, które nie ma nawet roku... A ponadto dzieli nas ocean. Co wtedy czułam? Szczęście, radość, zaskoczenie, a w oczach miałam łzy wzruszenia. Byłam w ogromnym szoku, mój szpik powędruje tak daleko! Tak naprawdę chyba dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, co zrobiłam i uwierzyłam w to wszystko. Kolejnego dnia wróciłam do domu, a kiedy to piszę minął dokładnie tydzień i zapewniam wszystkich, że przynajmniej w moim przypadku - zarówno dzień po pobraniu jak i teraz nie odczuwam żadnego, nawet najmniejszego bólu! Teraz czekam już tylko na informacje o stanie zdrowia mojego bliźniaka genetycznego. Kiedy to czytasz, wiedz, że ogromnie zachęcam Cię do rejestracji, to jest chwila, a w przyszłości możesz uratować komuś życie. Tego uczucia nie da się opisać, trzeba to przeżyć. Śmiało mogę powiedzieć, że jest to najlepsze, co do tej pory zrobiłam w swoim prawie dwudziestoletnim życiu.

Na koniec bardzo serdecznie dziękuję pracownikom fundacji, szczególnie Pani Monice Grunwald oraz całemu personelowi szpitalnemu za cudowną opiekę i przemiłą atmosferę podczas badań jak i pobrania.