Karolina Sobecka

22 Luty 2016

Do bazy potencjalnych dawców zarejestrowałam się w listopadzie 2014 roku. Rok później w grudniu dostałam telefon z informacją, że znalazł się Biorca oraz pytanie, czy nadal jestem chętna, żeby pomóc. Nie ukrywałam zdziwienia, ponieważ wiedziałam, że niektórzy czekają latami, by zostać dawcą, a w moim przypadku minął zaledwie rok. Zostałam poinformowana jak wygląda cała procedura. Bez wahania zgodziłam się na obie formy pobrania szpiku.

Następnie przeszłam pierwsze pobranie krwi, potem badania wstępne w klinice. Okazało się, że nie ma żadnych przeciwwskazań zdrowotnych do zabiegu, między mną a Biorcą jest całkowita zgodność, a pobranie odbędzie się już za miesiąc. Wiedziałam, że komórki macierzyste oddaje się przeważnie z krwi obwodowej, u mnie jednak miało być inaczej. Wybrane zostało pobranie z talerza kości biodrowej, które odbywa się w znieczuleniu ogólnym i wiąże się z trzydniową hospitalizacją. Na początku nieco mnie to przeraziło, ale wcześniej usłyszałam też, że taka metoda wybierana jest zazwyczaj wtedy, gdy Biorcą jest dziecko, więc nie miałam żadnych wątpliwości.

Kiedy byłam już w klinice wszyscy bardzo mnie wspierali, a personel był przemiły i również bardzo dodawał mi otuchy. W dniu pobrania wcale się nie stresowałam, mam wrażenie, że bardziej przeżywali to moi znajomi i rodzina. Mama rano zadzwoniła do mnie zapłakana, jakbym miała z tej narkozy już się nie obudzić. Ostatnią rzeczą jaką pamiętam z zabiegu był zegarek, na który spojrzałam, była 8:40. Oczy otworzyłam dwie godziny później, kiedy było już po wszystkim. Byłam trochę zmęczona, dostałam kilka kroplówek z lekiem przeciwbólowym, nigdy jednak nie byłam bardziej szczęśliwa. Tego uczucia nie zapomnę do końca życia. Nie ma nic piękniejszego, niż świadomość, że pomogło się drugiemu człowiekowi.

Kolejnego dnia dostałam telefon z Fundacji. Wtedy powiedziano mi, że mój Biorca nie byłby nawet w stanie samodzielnie mi podziękować, ponieważ ma zaledwie rok. Kompletnie mnie zamurowało. Wtedy po policzkach popłynęły pierwsze łzy. Oddałam część siebie, żeby ta mała istota mogła żyć. Mam nadzieję, że moja genetyczna siostra bliźniaczka mimo tego, że ma zaledwie rok, ma w sobie tyle siły, żeby pokonać tą paskudną chorobę. Przed nią całe życie i jeżeli będzie potrzebowała jeszcze mojej pomocy, na pewno nie odmówię.