Barbara Kołodziej

5 Grudzień 2017

Zostanie Dawcą komórek macierzystych jest jednym z piękniejszych wrażeń w życiu człowieka, które można doświadczyć. Muszę zacząć od tego, że dzień, w którym otrzymałam telefon z DKMS, był tak nieprzewidywalny dla mnie, że nie wiedziałam, jak mam zareagować. Jakaś kosmiczna hybryda pełnego szczęścia z nieoczekiwanym strachem. Czy jestem wystarczająco zdrowa, czy sobie poradzę, czy zdążymy... Mnóstwo pytań.

Od samego początku mojej historii osoby z Fundacji, które utrzymywały ze mną kontakt w związku ze wstępnym wywiadem medycznym, badaniami zarówno lokalnie u mnie w mieście jak i wstępnymi w klinice pobrania czy samą procedurą pobrania, minimalizowały mój strach do zera.

Z każdym pytaniem czy jestem gotowa i czy wyrażam zgodę na pobranie, byłam jeszcze bardziej pewna, że muszę i przede wszystkim chcę to zrobić. Świadomość pomocy chorej osobie była priorytetem.

Ku zaskoczeniu po badaniach wstępnych, gdy okazało się, że jest zgodność tkankowa z moim bliźniakiem genetycznym, całość mignęła mi błyskawicznie. Od pierwszego telefonu do pobrania moich komórek minęły niecałe dwa miesiące. Jedynym wyzwaniem był czas, kiedy musiałam przyjmować dożylnie przez 5 dni przed pobraniem czynnik wzrostu komórek macierzystych. Oczywiste było występowanie objawów grypopodobnych. Jednak gdy przebywałam w laboratorium u siebie na uczelni i w mojej głowie odbywał się heavymetalowy koncert, a kości i (o dziwo!) żuchwa łupała jak po zjedzeniu kilograma marchewek – ani na sekundę nie zdemotywowało mnie to do kontynuacji. Ten ból, w porównaniu z bólem osoby, która na mnie czekała, był w skali mikro, o ile nie nano.

Niedługo potem przyjechałam do Kliniki na pobranie, cały personel medyczny, panie pielęgniarki były tak cudowne, do rany przyłóż, że nawet nie myślałam o wkłuwanej igle. Zostałam błyskawicznie podpięta do aparatury, z jednej strony uchodziła krew, była filtrowana przez specjalną maszynę do odseparowywania komórek macierzystych, a do drugiej ręki krew zaraz wpływała. To, co było dla nas najważniejsze, czyli właśnie komórki magazynowały się w jednej torebce. Zabieg trwał 270 min, wiem – to sporo, jednak możliwość przebywania u boku osoby towarzyszącej znacznie umilał ten czas. Dodatkowo, zostałam obdarowana taką przygodą, że wpadła do mnie telewizja, która zainteresowała się całą akcją i wyraziła chęć nagrania mojego pobrania. Dla mnie to niesamowita pamiątka, bo zawsze mogę to obejrzeć raz jeszcze i wrócić do tych ogromnych wspomnień, a jednocześnie poszerzanie świadomości obywateli, widzów, jak ważne jest dzielenie się tym, co się ma. Do teraz, do tej chwili gdy piszę swoją historię, uśmiech nie schodzi mi z ust :)

Wiem, że to jedna z nielicznych okazji, więc chciałabym podziękować za zaangażowanie i opiekę mojej cudownej Pani Opiekun z DKMS, paniom pielęgniarkom, które na moją prośbę genialnie odciągały moją uwagę od wkłucia i zagadawały przyjemnymi tematami oraz mojej rodzinie jak i przyjaciołom, którzy nie-sa-mo-wi-cie mnie wspierali. A za Ciebie, Mój Bliźniaku, trzymamy wszyscy kciuki najmocniej jak się da, zdrowiej!

Myśl, którą miałam siedząc na (naprawdę) bardzo wygodnym fotelu w trakcie pobrania – że jestem jedynym lekarstwem dla mojego Bliźniaka, że on - tak jak my - nie kupi sobie tabletek czy maści w aptece, żeby się lepiej poczuć, tylko musi otrzymać ten lek ode mnie – zostanie ze mną do końca życia.

Rejestrujcie się, pomagajcie – bo możecie!