Jakub Winiarczyk - historia dawcy szpiku

17 Grudzień 2018

Moja historia z DKMS zaczęła się w 2012r. kiedy podczas akcji zorganizowanej w MDK w Wałczu (zach-pom) wracając z podróży praktycznie w ostatniej chwili zdążyliśmy na pobranie i dołączyliśmy do bazy.

Przez kolejne 6 lat Fundacja sukcesywnie przypominała o swoim istnieniu poprzez listy, maile z aktualizacją danych itp.

To co stało się w na początku roku 2018 przez długi czas do mnie nie docierało i tak do końca chyba nadal nie potrafię  w to uwierzyć, że się udało!

Zaczęło się dość dziwnie, będąc  w pracy (jak to na ludzi XXI w. ) zajrzałem do poczty i uwagę moją przykuł jeden e-mail… Fundacja DKMS? Odczytałem: Fundacji DKMS prosimy o pilny kontakt bo znaleźliśmy pana bliźniaka genetycznego który potrzebuje Pana pomocy.”

Zdziwienie moje było nie małe, pomyślałem reklama, poszukiwanie nowych potencjalnych dawców, gdzie tam ja… Zatkało mnie, zacząłem sprawdzać dane – wszystko się zgadza, adresy, telefony mój numer potencjalnego dawcy. Nie zdążyłem zadzwonić pod podany numer – mój telefon dzwoni, numer – kierunkowy Warszawa, szok, ciśnienie wzrosło.  Odbieram i po potwierdzeniu danych słyszę to samo co w mailu zakończone pytaniem: Czy podtrzymuję swoją gotowość? Odpowiedź: oczywiście! Ostudziła mnie informacja, że procedura i badania mogą trwać nawet do 3 m-cy, ale jaki to problem – trzeba.

Dopiero po tym telefonie dotarło do mnie, że to się dzieje naprawdę. Myśli zalewały mi głowę, jak to gdzieś na świecie? Ktoś? i ma zgodność? Szok.

 Po niedługim czasie dostałem prośbę o wstawienie się na badania wstępne, dzięki czemu pierwszy raz w życiu znalazłem się jako kierowca w stolicy. Wszystko zorganizowane perfekcyjnie, łącznie z pobytem osoby towarzyszącej, opieka na bardzo wysokim poziomie z Panią Kasią i Doktorem na czele. Gotowy do działania wstawiłem się rano na czczo w klinice.

Prawie cały dzionek zleciał mi w klinice, żona cierpliwie czekała w salce dla gości,  kiedy ja odwiedzałem kolejne gabinety.  Po badaniach konsultacja z doktorem – moje zdrowie nie do końca pozwala na pobranie komórek macierzystych z krwi obwodowej – ale zobaczymy po wynikach.

Początkowo dopuszczałem jedyną możliwość pobrania komórek metodą „z ręki do ręki” i taka została zaakceptowana przez klinikę biorcy.

Wróciłem do domu z pakietem zastrzyków i wyznaczonym terminem pobrania, o ile nic się nie zmieni… Nie ukrywam – zły.

W kolejnych dniach dzwoni Fundacja – doktor, z którym miałem konsultację po badaniach wstępnych – stawia sprawę jasno „nie możemy Panu pobrać komórek z deklarowanej przez Pana metody, gdyż Pana zdrowie jest równie ważne”  nie może Pan przyjąć zastrzyków z czynnikiem wzrostu – zamarłem… „ale… jeżeli Pan nadal podtrzymuje swoją gotowość nic nie stoi na przeszkodzie pobrania od Pana szpiku z talerza kości biodrowej w narkozie pełnej” – zatkało mnie jak na egzaminie prawa jazdy.

„Czy Pan zgadza się na zmianę metody pobrania?” – ma Pan możliwość rezygnacji…

Po chwili szybkiej analizy (jak to? Ktoś tam otrzymał nadzieję – a ja się wycofam??? NIE MA OPCJI !)

Pytam kiedy? W odpowiedzi informacja, że jeżeli w kolejnych dniach potwierdzę badania krwi jest szansa, że pobranie odbędzie się w wyznaczonym na początku terminie.

Tak też się stało – wróciłem w ustalonym terminie do kliniki, wstawiłem się na oddział, żona oczekiwała z niecierpliwością w hotelu.

Dzień nadszedł, rano kąpiel w specjalnym płynie,  szpitalne wdzianko i wycieczka z sanitariuszem na blok operacyjny. Takiej ilości bloków i na takim poziomie nie widziałem. Po kolei skompletował się zespół, przywitałem się z doktorem i zdążyłem tylko zaznaczyć: „ale obudzicie mnie? Bo tam w domu czekają na mnie dzieci” Panie uśmiechnęły się i po chwili… byłem już na sali pooperacyjnej  gdzie wracałem do siebie, następnie wróciłem do Sali na mój oddział.

Nie powiem – obolały, tak jak opisywano uczucie jakby ktoś mi porządnie okopał yyyy… nisko plecy. Nie ma to większego znaczenia, tragedii również- słowo odpowiednie – dyskomfort.  Najważniejsza chwila – dzwoni Fundacja i opiekun (ciągle w kontakcie, ten sam) – po pierwsze zapytanie o stan zdrowia mojego, po drugie podziękowania w imieniu rodziny i biorcy, po trzecie magiczne pytanie o 3 informacje – płeć, wiek i kraj… Oczywiście pragnąłem usłyszeć tą informację: Pana szpik trafił do chłopca z Rosji (łez się nie da powstrzymać, tchu brakuje) mając przed oczami własne dziecko w tym samym wieku.

W kolejnym dniu wypis ze szpitala, rozmowa z doktorem, zwolnienie wg potrzeb, pożegnanie z personelem i opuściłem klinikę, do domu daleko być w Rzymie i Papieża nie widzieć? Nie ma opcji, zwłaszcza,  że po drodze – wizyta u koordynatora w siedzibie głównej DKMS. Kilka chwil rozmowy, fotka na pamiątkę i powrót do dzieci, domu i codzienności. 

W kolejnych terminach prośby o poddanie się badaniom kontrolnym, po 3 miesiącach oczekiwanie na informację o stanie zdrowia biorcy. Kolejne szczęście i łzy – biorca żyje, ale jest nadal hospitalizowany. Ostatnia informacja najświeższa – biorca pod opieką kliniki wrócił do swojego życia prywatnego i samodzielnie stawiać czoła różnym wyzwaniom dnia codziennego.

Historia moja powstała dopiero pod koniec roku, po wielu miesiącach – chyba potrzebowała tego czasu. Dedykuję ją wszystkim, którzy mnie wspierali i martwili się o mnie ;)

CZY CZUJĘ SIĘ BOHATEREM – NIE.

CZY CZUJĘ SIĘ DOWARTOŚCIOWANY – NIE.  

 A PISZĘ TO POTO, BO -  JAK SIĘ  ZAREJESTRUJESZ W FUNDACJI TO WŁAŚNIE MOŻE TY PODARUJESZ KOMUŚ NOWE LEPSZE ŻYCIE. TO NIC CIĘ NIE KOSZTUJE A LEK MASZ W SOBIE! POMOŻESZ? BO MOŻESZ! MASZ TO W GENACH.

Nie ma się czego bać – super doświadczenie !

 

Jakub