Kamila Cibicka

27 Wrzesień 2013

Międzypaństwowy mecz piłki ręcznej kobiet, który odbywał się w moim mieście pod koniec listopada 2010 roku bardzo zainteresował mieszkańców naszego regionu. Na plakatach znalazła się wzmianka, że przed zawodami Fundacja DKMS organizuje Dzień Dawcy. Zajęcia na studiach w innym mieście spowodowały, że nie mogłam wtedy dołączyć do grona potencjalnych dawców. Poprosiłam rodziców oraz siostrę, którzy oddali próbki do badania, aby podali moje dane osobowe. Po pewnym czasie wszystkim, którzy się zapisali przysłano karty i puzellki, a ja straciłam już nadzieję, że Fundacja do mnie się odezwie. W końcu ku mojej radości pałeczki dotarły do mnie i szybko zrobiłam sobie wymaz. Po jakimś czasie otrzymałam kartę dawcy i upragnionego puzellka, który zajął honorowe miejsce na półce koło komputera.

Upalny czerwcowy dzień rok później, zmęczenie po ciężkim egzaminie i telefon mojej mamy dzwoniący gdzieś w innym pokoju. Pani Iwona Tomanek miała zapisanych kilka numerów , a chciała od razu rozmawiać właśnie ze mną na temat ewentualnego oddania szpiku. Bez chwili wahania zgodziłam się pomóc. Później wszystko toczyło się bardzo szybko, badania w moim mieście, ankiety, pisemne zgody i pozostało tylko czekanie na wyniki badań. Przez około 8 tygodni telefon milczał, ale prawie każdego wieczora zasypiając myślałam czy rzeczywiście ten mój szpik komuś się przyda. Pod koniec sierpnia okazało się, że mogę zostać dawcą.

Zostałam zaproszona na badania wstępne do Warszawy. Nigdy nie bałam się pobierania krwi, ale atmosfera w trakcie badań wstępnych była przesympatyczna, wszyscy byli mili, grzeczni, kompetentni. Ani przez moment nie czułam się sama. Cały czas byłam otoczona opieką lekarzy i pielęgniareki i monitorowana przez ludzi z Fundacji. Po tygodniu już wiedziałam, że zostanę dawcą. Tuż przed pobraniem szpiku przyjmowałam granocyt w postaci zastrzyków w swoim miejscu zamieszkania. Zdecydowano jedynie, że ze względu na słabą dostępność do żył będę miała założone wkłucie centralne. Do szpitala przyjechałam z siostrą i od samego początku byłyśmy prowadzone „za rączkę”. Wkłucie centralne tylko brzmi groźnie, w rzeczywistości robione jest w znieczuleniu, szybko, sprawnie i bez bólu. Naprawdę nie bójcie się tego określenia! To tylko groźnie brzmi, różni się od zwykłego wkłucia tylko tym, że wszystko musi założyć anastezjolog. Następnego dnia od 8.00 siedziałam sobie uśmiechnięta, zadowolona w fotelu, a worek z komórkami powoli się napełniał. Pierwszego dnia nie uzbierano wystarczającej ilości komórek, dlatego też następnego dnia znowu wróciłam z powrotem na fotel. Potem już tylko wyjęcie wkłucia i moja rola na tę chwilę się skończyła.

Jeszcze tylko telefon , chyba najważniejszy, do pani. Iwony Tomanek z zapytaniem dla kogo ten szpik i kiedy dowiem się czy wszystko skończyło się pomyślnie. Okazało się, że szpik powędruje do mojego „brata bliźniaka” we Włoszech, a o efektach dowiem się za sto dni. Codziennie skreślam wraz z moją 6-letnia siostrzenicą dni w kalendarzu niecierpliwie czekając na telefon z DKMS, że wszystko się udało.

I teraz na zakończenie mojej historii dziękuję pani Iwonie Tomanek, przemiłej, przesympatycznej i kompetentnej Koordynatorce DKMS. Ponadto dziękuję również dr. Emilianowi Snarskiemu oraz Jego współpracownikom - pani Kasii i pani Małgosi - za wspaniałą opiekę na oddziale, za niezapomnianą atmosferę, uśmiech i życzliwość.

Na koniec powiem Wam - łatwo jest uratować komuś życie i ogromna jest radość i duma z tego, że mogłam w tak prosty sposób pomóc.