Katarzyna Kujawa

27 Wrzesień 2013

Moja historia rozpoczęła się rok temu. Jeszcze przed maturą obejrzałam w Dzień Dobry TVN program o dawcach szpiku kostnego i postanowiłam się zarejestrować. Przyszedł list, dwa patyczki i ankieta. I tak przeleżało to wszystko w szafce w natłoku pracy przedmaturalnej. Po maturze wyjechałam z moim chłopakiem do Skorzęcina, na turniej piłki nożnej, gdzie zauważyłam stoisko DKMS. W przerwie między lataniem po wodę i kibicowaniem tylko krzyknęłam, że zaraz do wszystkich dojdę, gdyż muszę coś załatwić. Och, bezcenne były miny miłych Pań, kiedy to podawałam adres zamieszkania (Białystok ). Pach, pach i po sprawie. Bez zbędnych ceremonii oświadczyłam swojemu chłopakowi, że się zarejestrowałam, biedny nie wiedział co z tego wyjdzie :)

Około października zadzwoniła sympatyczna Pani Iwona (serdecznie pozdrawiam), aby skierować mnie na badania krwi. Nie miałam pojęcia co to oznacza, jakie są szanse, że zostanę dawcą, lecz trzymałam nerwy na wodzy. Kiedy dowiedziałam się, że znalazł się biorca? Oh! U Magdy, mojej najlepszej przyjaciółki! Przyjechałam właśnie w odwiedziny do rodzinnego miasta, popijałam sobie herbatkę, aż tu nagle kierunkowy z Warszawy. Pomyślałam tylko "Wygrałam coś czy co?". O tak, wygrałam i to bardzo dużo! Oczywiście jak to ja rozryczałam się jak wariatka i nie mogłam usiedzieć w miejscu. Potem powiadomiłam swoją rodzinę i Adama. Wszyscy dumni, ale miny mieli różne :)

Zabieg miałam mieć przeprowadzony drugą metodą (pobraniem z talerza kości biorowej ) i na taką sie przygotowywałam. Badania w Warszawie, wróciłam do Wrocławia, po około 2 tygodniach telefon "Pani Kasiu, jednak pierwsza metoda". Szybko kurier, bo zabieg za 5/6 dni, a tu trzeba przecież zastrzyki robić (ile było z nimi śmiechu, lecz tylko dla mnie, Adam za każdym razem wyglądał jakby mdlał ). Kiedy już dojechałam do kliniki na pobranie, zaczęło się... Mama telefon co pół godziny, reszta rodziny trochę mniej wydzwaniała, lecz również dawali się we znaki (kochani są :) A mój wierny towarzysz co trzy minuty pytał czy aby przypadkiem nie jest mi zimno. W końcu został moją osobistą pielęgniarką. Całość trwała 2 razy po 4 h - dobry wynik! Siedząc w pociągu, aż mi się smutno zrobiło, że to już wszystko, niezapomniana przygoda.

Teraz zostało mi już jedno - trzymać kciuki za mojego bliźniaka!