Krzysztof Stoupiec

27 Wrzesień 2013

To była końcówka roku 2010. Jesienny, ponury wieczór. Przeglądałem niezliczone ilości stron internetowych, mechanicznie, nie wnikając zupełnie w ich treść. WP – przeczytane; Onet.pl – nic nowego; DKMS – pfff.. prędzej trafię szóstkę w LOTKA niż znajdę genetycznego bliźniaka; demotywatory – obejrzane. W tym momencie chciałem wyłączyć komputer i pójść spać, jednak coś mi nie dawało spokoju. Tak, to była ta czerwona strona z białym puzzlem. Musiałem do niej wrócić. I tak z każdym przeczytanym artykułem, z każdą przeczytaną pozycją, coraz bardziej docierało do mnie jak poważnym problemem jest białaczka i jak niepoważnym człowiekiem byłem kilka chwil temu, mając tak lekceważący do niej stosunek.

Uznałem, że i ja powinienem się zarejestrować jako potencjalny dawca (przecież nie mam nic do stracenia).

Szybko wypełniłem kwestionariusz i… Klik! Stało się! Jakiś czas później dotarła do mnie ankieta wraz ze sławnym patyczkiem, które odesłałem jeszcze tego samego dnia. Po około dwóch miesiącach otrzymałem z Fundacji potwierdzenie oraz kartę dawcy. Przez następne 2,5 roku, oprócz listów o działaniach DMKS, nie dostałem żadnych konkretnych informacji. Może o mnie zapomnieli? Teraz, gdy opisuję moją historię, sam się z siebie śmieje, wtedy nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo się myliłem…

Nastał lipiec roku 2013. Koniec szkoły, uroczysta promocja, powrót do domu i do dawnej rzeczywistości. Do rzeczywistości, którą diametralnie zmienił jeden telefon. Sympatyczny Pan z Fundacji chciał, abym potwierdził moją gotowość do bycia dawcą, umówił na pierwsze pobranie krwi oraz przekazał najważniejsze informacje. Nie byłem w stanie słuchać, moją świadomością zawładnęły słowa: ”Panie Krzysztofie, ma pan genetycznego bliźniaka”. Nie wierzyłem… Dopiero po przeczytaniu maila i wypełnieniu ankiety medycznej zdałem sobie sprawę co się stało i jak wielka odpowiedzialność na mnie spoczęła. Po trzech tygodniach zostałem poinformowany o zgodności antygenów HLA, a to oznaczało tylko jedno: MOGĘ ZOSTAĆ DAWCĄ! Niesamowita radość, ale też niepewność: kurde, co dalej, czy dam sobie radę? Na szczęście nad całym procesem czuwał mój anioł stróż – pani Zuzanna, opiekunka z ramienia Fundacji, która zajęła się wszelkimi sprawami organizacyjnymi, dzięki czemu jedynym moim zadaniem było dotarcie do Centrum Onkologii w Gliwicach na badania ogólne, a później na pobranie szpiku (komórki pobierano u mnie z talerza kości biodrowej). Sam zabieg przeprowadzony pod narkozą, bezbolesny. Jedynymi niedogodnościami była mała chrypka po przebudzeniu oraz ból w okolicach miednicy, podobny do stłuczenia, na tyle słaby, że w parę godzin po zabiegu, wbrew sprzeciwowi pielęgniarek, mogłem śmiało buszować po całym oddziale. Następnego dnia zostałem wypisany z kliniki.

Wracając do domu odebrałem telefon od mojego Anioła: Panie Krzysztofie, czy chce pan wiedzieć kim jest pana bliźniak? – rozległ się głoś pani Zuzanny. – Pewnie, że chcę! -Dziewczynka z Hiszpanii, niecały roczek - usłyszałem i zamarłem. Matko Boska! Dwanaście miesięcy na tym świecie, a tak przytłoczona przez życie? Przecież to niesprawiedliwe! I wtedy zrozumiałem… Zrozumiałem, że ja i moje problemy są niczym w porównaniu do jej wyroku. Poczułem się przy niej taki mały i słaby, a tak właściwie to mógłbym być jej tatą. Jednego nie rozumiem. Dlaczego spośród 6 miliardów ludzi żyjących na tym świecie padło na mnie? To pytanie długo mnie dręczyło, nadal nie znam odpowiedzi i już nie chcę jej znać. Może to przeznaczenie? Kiedy się rejestrowałem to jej jeszcze nie było na świecie, to tak jakbym na nią czekał, był dla niej zarezerwowany. Może pisane są jej wielkie czyny, skoro już na samym starcie dostała drugą szansę? Nie wiem i pewnie raczej się nie dowiem – hiszpańskie prawo zabrania spotkania dawcy z biorcą. Jednego jestem pewien: gdybym miał jeszcze raz położyć się na stole operacyjnym i oddać komórki, to zrobiłbym to bez najmniejszego zawahania! To niesamowite przeżycie, kiedy mała, obca dziewczynka z odległego państwa w jednej chwili staje się bardzo ważną częścią twojego życia.

Kończąc, chciałbym podziękować Fundacji, a w szczególności Pani Zuzannie Jastrzębskiej za współpracę, niesamowite emocję i, co najważniejsze, możliwość pomocy mojej małej bliźniaczce; całemu personelowi Oddziału Transplantacji Szpiku w Centrum Onkologii - Instytut im. Marii Skłodowskiej-Curie Oddział w Gliwicach za opiekę, cierpliwość i przyjazną atmosferę; pielęgniarkom z mojej przychodni rodzinnej (co złego to nie ja); mojej wspaniałej rodzince za wsparcie oraz kadrze dowódczej i kolegom z Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej PSP nr 1 w Pile, z którymi mam przyjemność współpracować, za cenne rady i okazaną wyrozumiałość.

No cóż, moje zadanie na razie dobiegło końca i nie pozostaje mi nic innego jak trzymać kciuki i czekać 100 dni na wiadomość o stanie zdrowie mojej małej Iskierki. I pamiętajcie: warto pomagać!