Małgorzata Woźniak

6 Grudzień 2013

Najwspanialszym darem jaki mogliśmy otrzymać od Życia, od Boga jest możliwość bezinteresownej pomocy Człowiekowi

Moja przygoda z Fundacją DKMS zaczęła się całkiem przypadkowo. Było to w 2012 roku, o działalności tej fundacji poinformowała mnie moja przyjaciółka, która zarejestrowała się w bazie dawców. Opowiedziała mi na czym to wszystko polega i bez chwili dłuższego zastanowienia poprosiłam, by mnie również zarejestrowała. Po około dwóch tygodniach dostałam kopertę z informacjami i dwoma patyczkami, minęło sporo czasu, a koperta nadal leżała na biurku... Aż w końcu poprosiłam moją ciocię o wysłanie jej.

Po całkiem niedługim czasie przysłano mi kartę dawcy, dopiero wtedy zaczęłam zastanawiać się czy kiedyś zadzwonią do mnie z Fundacji, czy mam bliźniaka genetycznego. Nie były to częste myśli, ale tylko do dnia 5 maja 2013 roku.

Byłam wtedy w pracy, telefon dzwonił jak oszalały, niestety nie mogłam odebrać. W końcu moja mama zadzwoniła na telefon firmy i powiedziała mi, żebym koniecznie oddzwoniła do Pana Andrzeja Zaczka z Fundacji DKMS. Zanim jednak zadzwoniłam to postawiłam wszystkich w pracy na nogi, biegałam jak oszalała po całym zakładzie, cieszyłam się, nie mogłam słowa wydusić. Moja szefowa kazała mi od razu oddzwonić, więc tak zrobiłam. Po rozmowie z Panem Andrzejem, który powiedział mi, że mam bliźniaka genetycznego i czy dalej jestem gotowa oddać szpik nie byłam już w stanie skupić się na pracy, nie myślałam o niczym innym, w mojej głowie było mnóstwo pytań. Wydzwaniałam do rodziny, znajomych, chciałam podzielić się z Nimi tą informacją. Pan Andrzej umówił mnie na pobranie krwi, no i tu zaczął się trudny okres, ponieważ trzeba było długo czekać na wyniki badań. 24-tego czerwca moje serce zostało polane miodem - zadzwoniła Pani Zuzanna, zapytała czy nadal jestem gotowa podzielić się cząstką siebie…bez wahania się zgodziłam. W zasadzie tylko przytakiwałam, jakby mi mowę odebrało.

W lipcu pojechałam na badania wstępne do Drezna, nie będę ukrywać, że bardzo się bałam i zastanawiałam czy się nie wycofać, ale myśl o tym, że można komuś pomóc tak bezinteresownie była silniejsza. Kiedy byłam już w klinice cały strach jakby po prostu gdzieś znikł, odszedł w niepamięć. Myślałam tylko o tym, żeby wszystkie badania okazały się prawidłowe. Wybrano dla mnie metodę pobrania poprzez separację komórek z krwi obwodowej, otrzymałam pakiet zastrzyków z czynnikiem wzrostu, których zadaniem było zmobilizowanie moich komórek. I tak się stało. Pierwszy zastrzyk wykonałam w obecności pielęgniarki, a kolejnymi zajęłam się sama. Było z tym wiele różnych i ciekawych przygód, dużo śmiechu, a mało nerwów. Zastrzyki okazały się bezbolesne, a czasem nawet przyjemne.

Po dwóch tygodniach wyjechałam ponownie, ale tym razem już na pobranie komórek macierzystych. W klinice byliśmy wcześnie rano, na początku ogarniał mnie strach, ale trwało to tylko chwilę. Pobranie trwało około 4 godzin, spędziłam bardzo miło i przyjemnie czas w obecności personelu medycznego, tłumacza Macieja i mojej wspaniałej towarzyszki Iwonki.

Moja misja się wtedy zakończyła, czekałam z niecierpliwością na telefon z Fundacji, a gdy już zadzwonił okazało się, że wytworzyłam wystarczająca ilość komórek, a nawet większą niż była potrzebna. Usłyszałam, że biorcą jest 48 letni mężczyzna ze Stanów Zjednoczonych. W tym momencie popłynęły z moich oczu łzy szczęścia. Zaczęłam się zastanawiać jak ma na imię, czy ma żonę, może dzieci. Pytań sama do siebie mam mnóstwo i nie ma dnia, w którym bym nie myślała o nieznajomym, nie ma dnia, w którym bym nie modliła się za Niego. Ale tak naprawdę tego, co ja czuję nie da się opisać żadnymi słowami. A mojemu biorcy oczywiście życzę powrotu do zdrowia, trzymam teraz kciuki za niego i z niecierpliwością odliczam 100 dni, po upływie których otrzymam informację na temat jego stanu zdrowia.

Na końcu mojej historii chciałabym serdecznie podziękować pracownikom Fundacji za zaangażowanie i wspaniałą organizację. Panu Henrykowi i Maćkowi Lachowskiemu, którzy umilili mój pobyt i sprawili wiele radości, całej rodzinie i wszystkim, którzy mnie wspierali, a w szczególności mojej wspaniałej towarzyszce.

Zachęcam wszystkich do rejestracji na stronie Fundacji DKMS, to nas nic nie kosztuje, a sprawia wiele radości nam samym, ponieważ be¬zin¬te¬resow¬nie dając ko¬muś szczęście, sa¬mi sta¬jemy się szczęśliwi.