Historia Dawcy

Marcin Taube - historia dawcy szpiku

12 Marzec 2020

Wszystko zaczęło się w styczniu, kiedy odebrałem telefon od fundacji DKMS. Usłyszałem, że jest ktoś, kto potrzebuje mojego szpiku. Padło pytanie, czy podtrzymuję swoją decyzję o chęci oddania go. Potwierdziłem. Gdzieś na świecie żyje sobie mój bliźniak genetyczny i właśnie mnie potrzebuje.
 
Wkrótce potem rozpoczęła się procedura przygotowawcza – badania wstępne, ankiety medyczne itp. Od początku czułem, że priorytetem jest przede wszystkim moje zdrowie. DKMS absolutnie nie będzie ryzykował zdrowiem potencjalnego dawcy. Po wstępnych badaniach i ankietach, które potwierdziły zgodność, dowiedziałem się, że pobranie szpiku odbędzie się metodą pobrania komórek z talerza kości biodrowej. Podano mi również termin badań, na które musiałem pojechać do Warszawy, oraz termin samego pobrania.Tutaj może wspomnę, że koszty transportu oraz wyżywienia pokrywa Fundacja, a personel w Banku Komórek Krwiotwórczych jest przemiły.
 
Jeśli chodzi o badania, które odbyły się kilka tygodni przed pobraniem – poszły one bardzo sprawnie i w miłej atmosferze. W przeddzień pobrania stawiłem się do szpitala z samego rana, na krótkie badania kontrolne i zapoznanie się z oddziałem, na którym będę leżał. Później mogłem opuścić szpital i wrócić do niego dopiero wieczorem, na noc. Po nocy spędzonej na oddziale, z samego rana zabrano mnie na pobranie. Z racji tego, że nastąpiła zmiana lekarza anestezjologa, który się lekko spóźnił, pogawędziliśmy sobie luźno z lekarzami i pielęgniarkami.
 
Puls w normie, ciśnienie w normie – zero stresu . Potem znieczulenie – „teraz głęboko oddychamy”, to ostatnie słowa jakie pamiętam – zasnąłem. Kiedy się obudziłem, było już po wszystkim. Leżałem na sali pooperacyjnej, trochę zamroczony po narkozie. Gdy już wróciłem na swoją salę, zacząłem odczuwać lekki ból w okolicach pobrania – było to dokładnie takie uczucie, jakie sobie wyobrażałem – jakbym się trochę poobijał. Był to praktycznie nieprzeszkadzający ból i niewymagający stosowania żadnych środków przeciwbólowych. Do końca dnia odpoczywałem.
 
 
Następnego dnia z samego rana, bez żadnych problemów, udałem się do Banku Komórek Krwiotwórczych. Szybka zmiana opatrunku, kontrolne pobranie krwi, podziękowania ze strony Fundacji i już – jestem wolny, mogę wracać do domu. Już po wszystkim. Ślady po pobraniu są praktycznie niezauważalne, dwie małe kropki. Tak naprawdę przez cały ten czas ani przez moment nie czułem się jakoś wyjątkowo, mimo to, że nawet Panie pielęgniarki próbowały mi uświadomić, że to co zrobiłem jest naprawdę ważne i wyjątkowe.
 
Dla mnie było to zupełnie normalne, bo wyobraziłem sobie, że to ja, albo ktoś z moich bliskich mógłby potrzebować takiej pomocy. Zdecydowanie najbardziej wyjątkową chwilą dla mnie, była rozmowa z Fundacją po pobraniu. Stałem na peronie, czekając na pociąg do domu. Dowiedziałem się wtedy, komu oddałem cząstkę siebie. Otóż podzieliłem się szpikiem z młodą kobietą, o której od tej pory z moją narzeczoną myślimy i bardzo mocno trzymamy za nią kciuki. Ta rozmowa była dla mnie kluczowym momentem. Pojawił się uśmiech i łzy wzruszenia. Uczucie po prostu nie do opisania. Chciałbym, aby każdy czytający tę historię po prostu zarejestrował się do bazy potencjalnych dawców szpiku. Może gdzieś na świecie Wasz bliźniak genetyczny właśnie potrzebuje pomocy?
 
Na końcu chciałbym jeszcze podziękować mojej niezawodnej ekipie wsparcia – mojej kochanej narzeczonej i szwagierce – wiem, że przeżywałyście to trzy razy bardziej niż ja! Dziękuję, że ze mną byłyście! I oczywiście podziękowania dla Fundacji DKMS – za wzorowy kontakt i przeprowadzenie przez całą procedurę – od pierwszego telefonu, aż do teraz, kiedy jest już po pobraniu. Marcin"

Chciałbym, aby każdy czytający tę historię po prostu zarejestrował się do bazy potencjalnych dawców szpiku.

Może gdzieś na świecie Wasz bliźniak genetyczny właśnie potrzebuje pomocy?