Marta Trzaska

6 Grudzień 2013

Nazywam się Marta, mam 34 lata i ostatnio dołączyłam do rodziny Dawców szpiku dzięki Fundacji DKMS Polska. To szczególna rodzina, nie znamy się, a łączy nas jedno - że chcieliśmy podzielić się cząstką siebie z innymi osobami…

Aby przypomnieć sobie, kiedy wypełniłam zgłoszenie do bazy dawców, musiałam odnaleźć kopię formularza zgłoszeniowego. Okazuje się, że zrobiłam to w swoje urodziny, prawie 4 lata temu. Wtedy jeszcze nie było tak głośno o dawstwie i samej fundacji jak teraz i mało kto wiedział, na czym to polega. Ale oddawałam już honorowo krew, więc dla mnie nie stanowiło różnicy, co będę miała oddać. Miałam już swoją rodzinę, męża i dwoje dzieci i wiedziałam jak ważne jest zdrowie bliskich nam osób. Otrzymując kartę poczułam, że może będę mogła na coś się przydać jeszcze…

To był zwykły wiosenny dzień, poszłam po synka do przedszkola i nie odebrałam przychodzącego połączenia. Spojrzałam na numer, myśląc oddzwonię później…

Wieczorem otworzyłam swoją pocztę e-mail i zamarłam: dostałam mail od DKMS Polska, gdzie pisali, że zostałam wytypowana jako potencjalny dawca dla konkretnej osoby. Nie wierzyłam, czytałam mail głośno, raz, potem drugi, zawołałam męża i czytałam jemu. Wtedy spojrzałam na telefon, numer był fundacji, a ja nie odebrałam go. Byłam wściekła. Następnego dnia już po 8 rano zadzwoniłam na numer i wiedziałam już, że to, co czytałam, to nie sen. Zostałam poinformowana o całej procedurze i wysłana na pierwsze badania dotyczące zgodności antygenowej. Poszłam, oddałam próbkę krwi i czekałam… Miesiąc, drugi, codziennie sprawdzałam pocztę, spoglądałam na telefon… ale on milczał, a poczta była pusta… Pomyślałam nic z tego, nie tym razem… Nie piszą, nie dzwonią, najwidoczniej nie pasuję…

Była połowa lipca, gdy zadzwonił telefon. Dzwonił DKMS z informacją o wynikach badań, bałam się tego, co usłyszę, ale dowiedziałam się, że mam 100% zgodności, ucieszyłam się! Wtedy zapadła decyzja o wyjeździe na szczegółowe badania do Drezna… Było zdziwienie dlaczego akurat tam i strach przed wielką niewiadomą. Wracając do domu cieszyłam się jak małe dziecko, szybko przekazałam informację rodzinie i postanowiłam pakować walizkę. Z wrażenia zapomniałam nawet, że tego dnia miał 5 urodziny mój synek, ale wzięłam to jako dobry znak. Pojechałam do Wrocławia, potem do Drezna z tłumaczem Maciejem. W podróży towarzyszyli mi jeszcze dwaj mężczyźni, jeden dawca i drugi jak ja na badania. Dzięki Maćkowi ta podróż nie była nudna, minęła szybko, a docierając na miejsce zakwaterowania w hotelu w Dreźnie wiedziałam już wszystko o procedurze badań, które czekały mnie następnego dnia.

O 8 byliśmy już w Klinice Uniwersyteckiej, budynek nr 59, Oddział Afarezy. Tam szczegółowe badania, USG, EKG, kolejne próbki krwi i wywiad z lekarzem. Obecność tłumacza dawała poczucie bezpieczeństwa i komfort psychiczny, że pomimo nieznajomości języka niemieckiego wiedziałam, co dzieje się w danej chwili. Nie byłam pozostawiona sama sobie, otoczono mnie opieką i pełnym profesjonalizmem.

Dostałam czynnik wzrostu zwany Granocytem, pouczono mnie jak go sobie aplikować i co będzie potem. Wracałam do Wrocławia z poczuciem, że to już nie są żarty, że to nie bajka i dzieje się to w czasie teraźniejszym. Ale wtedy też dostałam telefon, że zaplanowane na sierpień pobranie zostaje odwołane, ze względu za stan zdrowia mojego biorcy. Siedząc wieczorem w pokoju hotelowym nie wiem czemu, ale wysłałam smsa właśnie do Macieja, napisałam, że odwołano termin pobrania i nie wiem czy jeszcze kiedykolwiek będzie mi dane oddać komórki macierzyste. Dostałam odpowiedź, zapamiętałam ją do dziś, bo podniosła mnie wtedy na duchu i dała nadzieję…

I znowu przyszło mi czekać… badania w Dreźnie wyszły dobrze, ale kolejny wrześniowy termin pobrania znowu został odwołany… Powoli traciłam nadzieję, ale jednocześnie modliłam się o zdrowie dla mojego „bliźniaka”, by miał siłę walczyć dalej i nie poddawał się. I udało się - oddałam swoje komórki macierzyste pod koniec października! Tym samym dołączyłam do grona dawców i jestem z tego bardzo dumna. Może to dziwne, ale chcę się tym chwalić i opowiadać każdemu, zachęcając do rejestracji w bazie. Moi znajomi za moją namową rejestrują się, przekonali się, że nic mi nie jest i obalam stereotypy dotyczące oddania szpiku kostnego.

Dlatego mam nadzieję, że inni po przeczytaniu mojej historii też podejmą decyzję o rejestracji w bazie DKMS. Pamiętajcie, to nic nie boli, a może komuś uratować życie. Ja za 100 dni będę chciała dowiedzieć się o stan zdrowia mojego „bliźniaka genetycznego”, mając nadzieję, że dostanę tylko pozytywne wieści… Bo skoro tyle na siebie mogliśmy poczekać, to teraz musi być tylko lepiej.

A ja? Cóż, zapamiętam to wydarzenie do końca życia, na pamiątkę tego dnia chcę wykonać tatuaż, na lewym nadgarstku, logo fundacji DKMS, czyli czerwony puzzel i data pobrania, tak, by ta chwila pozostała ze mną już na zawsze… Niedługo mam urodziny, może właśnie wtedy… Kto wie? W sumie już raz ta data przyniosła mi szczęście.