Historia Dawcy

Marta Walczak - historia dawczyni komórek macierzystych

13 Styczeń 2020

Około pięć lat temu podczas jednej z akcji rejestracyjnych organizowanych na mojej uczelni postanowiłam w końcu zarejestrować się w bazie potencjalnych dawców szpiku. Planowałam to od jakiegoś czasu, ale nie było okazji, więc tego dnia bez wahania pobrałam wymaz z jamy ustnej, wypełniłam zgłoszenie i oddałam wolontariuszom organizującym akcje.
 
Po jakimś czasie dostałam kartę z numerem dawcy. Nosiłam ją zawsze ze sobą w portfelu. Na wiosnę 2017 roku dostałam pierwszy telefon z zapytaniem, czy nadal jestem zdecydowana, by oddać cząstkę siebie komuś innemu. Byłam zaskoczona telefonem, ale z radością się zgodziłam. Zostałam skierowana na badania z krwi. Po wynikach dostałam informację, że wszystko jest w porządku i mam czekać na dalsze informacje, byłam zarezerwowana dla pacjenta przez 3 miesiące. Zostałam poinformowana, że jeśli telefon nie zadzwoni do określonego terminu to moja rezerwacja wygasa.
 
Telefon milczał. Po upływie tego terminu sama zadzwoniłam z pytaniem co dalej, okazało się, że tak jak wcześniej mnie poinformowano rezerwacja wygasła i wróciłam do bazy. Po ponad 2 latach od tej sytuacji, będąc w pracy zadzwonił mi telefon. W pierwszej chwili pomyślałam, że to pewnie jacyś telemarketerzy, którzy czasem dzwonią z różnymi propozycjami ale odebrałam - usłyszałam w słuchawce DKMS - czy możemy porozmawiać? Jako, że nie mogłam rozmawiać poprosiłam o telefon kiedy skończę pracę. Na początku w ogóle nie pomyślałam, że to właśnie TEN telefon. Dopiero w domu rozmawiając z Panią z DKMSu na spokojnie, dotarło do mnie, co się właśnie zaczyna dziać. To było kilka dni po pogrzebie bliskiej mi osoby, która zmarła na raka, więc uznałam to za znak i tym bardziej zmotywowało mnie to do pomocy.
 
Zostałam skierowana na badania do kliniki, okazało się, że badania wyszły ok. W klinice wyposażono mnie w zastrzyki - czynnik wzrostu, które miałam przyjmować 4 dni przed pobraniem. Nie ukrywam, że czułam się po nich nie do końca dobrze, ale przecież to tylko 4 dni, które minęły jak przeziębienie, o którym potem się nie pamięta.
W dniu pobrania zgłosiłam się do kliniki, zostałam przyjęta i podłączona do aparatury, która wyodrębniała moje komórki macierzyste z krwi. Czas w klinice mijał mi bardzo miło. Zarówno Pani Doktor jak i Panie Pielęgniarki zajmowały się mną naprawdę rewelacyjnie, czułam się naprawdę dobrze zaopiekowana. Po pobraniu dostałam telefon, że jeszcze następnego dnia będę musiała zgłosić się na pobranie, bo uzbierało się zbyt mało komórek. Nie było z tym dla mnie żadnego problemu, a pobranie trwało już dużo krócej niż pierwszego dnia.
 
Potem spokojnie wróciłam do domu. W drodze powrotnej dostałam telefon z informacją o kraju, wieku oraz płci osoby której podarowałam swoje komórki. Czekam teraz na informację o zdrowiu mojego biorcy – mam nadzieję, że wyzdrowieje.
 
Każdemu kto się zastanawia polecam zarejestrowanie się w bazie potencjalnych dawców szpiku, to nic nie kosztuje, a naprawdę możemy komuś pomóc. Pobranie nie boli, a zostają po tym tylko miłe wspomnienia. Znalezienie zgodnego dawcy to jak wygrana na loterii, ja wygrałam, mam nadzieję, że mój bliźniak genetyczny również wygra - zdrowie. Fajnie jest być w gronie 1336 osób które oddały cząstkę siebie w 2019 roku, jest to bardzo miłe uczucie. Pozdrawiam innych dawców! Chciałabym również podziękować Paniom z DKMSu (szczególnie Pani Patrycji i Pani Agacie) za cierpliwe odpowiadanie na moje pytania i za troskę o mnie, a także Paniom Pielęgniarkom i Pani Doktor za wspaniałą opiekę oraz mojemu ukochanemu mężowi za wsparcie.

 

Wierzę, że dobro wraca, dlatego podaję dalej!