Mateusz Szymski

25 Październik 2013

Moja historia rozpoczęła się 28.09.2010 roku. Do bazy DKMS zgłosiłem się przez internet. Od zawsze czułem ogromną potrzebę pomagania. Jestem między innymi wolontariuszem w Fundacji Maltańska Służba Medyczna.

Wyznaję zasadę: „żyj dla innych, a będziesz żył z pożytkiem dla siebie”, dlatego też zgłoszenie do DKMS było dla mnie sprawą oczywistą.

Przyznam szczerze, że nie spodziewałem się tego, że telefon kiedyś zadzwoni. Ukrycie o tym marzyłem, ale brakowało mi wiary. No i stało się. Pod koniec października 2012 roku zadzwonił telefon i padło sakramentalne pytanie: czy nadal Pan podtrzymuje gotowość bycia dawcą komórek macierzystych? Odpowiedziałem bez zastanowienia „TAK”. Poczułem ogromną radość.

Kilka dni po telefonie odbyło się pierwsze badanie krwi. W ciągu trzech miesięcy miała być odpowiedź o wynikach i ewentualna decyzja o przeszczepie. Telefon od tego czasu milczał, minęły trzy miesiące. Wydawało mi się, że sprawa jest zakończona i już kolejnych etapów nie będzie. Pogodziłem się z tą myślą i wróciłem do normalnego trybu życia. W lutym dostałem list z prośbą o pozostanie w stanie gotowości przez kolejne 3 miesiące. List ten przywrócił mi nadzieję. Kilka dni po otrzymaniu listu zadzwonił telefon. Dostałem najpiękniejszą wiadomość w życiu, został ustalony termin przeszczepu. Dowiedziałem się również, że szpik zostanie pobrany z talerza kości biodrowej. Czułem jednocześnie ogromną radość, ale i niepokój. Mimo to nie miałem najmniejszych wątpliwości, żeby się zgodzić. Jeszcze bardziej mnie zaskoczył fakt, że badania wstępne odbędą się w dniu moich 22 urodzin. Od tego momentu wiedziałem, ze to będzie coś wyjątkowego, że to nie jest zwykła historia i że zostałem wybrany przez Boga. Dla osób niewierzących może się to wydawać śmieszne, ale ja nie wierzę, że to nie był zbieg okoliczności.

Nadszedł dzień przyjęcia do kliniki. Tego dnia godziny strasznie się ciągnęły, atakowały mnie tysiące różnych myśli, ale cały czas czułem, że spotka mnie coś pięknego. Następnego dnia odbyło się pobranie szpiku. Gdy obudziłem się, nie było żadnych wielkich emocji. Czułem po prostu, że wypełniłem swój obowiązek i moja misja się zakończyła. Gdy już doszedłem do siebie, zadzwonił telefon z fundacji. To była chwila, której nie zapomnę do końca życia. Dowiedziałem się, że mój szpik jest w drodze do Włoch do 9 miesięcznego chłopczyka. Ogarnęło mnie ogromne wzruszenie i łzy popłynęły mi po policzkach. Od tego momentu nieustannie myślę o tym dzieciątku i modlę się za nie, bo wiem, że już nic innego zrobić nie mogę. Mam poczucie odpowiedzialności za nie.

Dzięki tej historii mogłem spełnić swoje powołanie - służba ludziom. Z wykształcenia jestem ratownikiem medycznym, ale niestety nie jest mi dane pracować w zawodzie. Oddając szpik, mogłem chociaż trochę przyczynić się do ratowania czyjegoś życia. Mimo że nigdy tego dziecka nie widziałem, czuję z nim ogromną więź, myślę o nim tak, jak ojciec myśli o swoich dzieciach. Jest to dla mnie ogromny dar, łaska od Boga i każdego dnia dziękuję za te wspaniałe wyróżnienie, bo wiem że nie zasłużyłem na nie.

Chciałbym z całego serca podziękować wszystkim pracownikom fundacji DKMS, pracownikom kliniki transplantacji szpiku w Gliwicach oraz pracowników kliniki, w której leżał biorca. Dziękuję Wam za wasze poświęcenie, oddanie pracy, włożone serce, opiekę… Mógłbym tak wymieniać w nieskończoność. Nie ma słów, którymi mógłbym wyrazić swoją wdzięczność. Powiem krótko: JESTEŚCIE WIELCY! Dobrze, że jesteście.

Jeśli czytasz tę historię, to znaczy, że nie jest Ci obojętne ludzkie życie. Jesteś dobrym człowiekiem. Więc poświęć chwilę i zarejestruj się w bazie DKMS, a jeśli to już zrobiłeś/zrobiłaś to nie wahaj się, gdy zadzwoni telefon. Ciebie to nic nie kosztuje, a dla kogoś możesz stać się jedyną nadzieją na życie.

„Daj Boże, bym mógł umierać z rękami zniszczonymi przez Miłosierdzie…”