Monika Socha

6 Grudzień 2013

W maju 2010 roku była akcja zostania dawcą dla „Nergala” u mnie w Gdyni. Postanowiliśmy wraz z mężem pójść i oddać próbkę krwi, zarejestrować się w bazie dawców DKMS. Na tym nasza pomoc się zakończyła. Zdążyliśmy zapomnieć, że jesteśmy potencjalnymi dawcami szpiku kostnego.

Aż nagle w południe pięknego, sierpniowego dnia, kiedy byłam w pracy zadzwonił mój telefon – spojrzałam na numet kierunkowy 22... – pomyślałam Warszawa, pewnie jakieś reklamy, telemarkieting. Nie odebrałam tego telefonu. Po chwili zadzwonił mój mąż z informacją, że dzwoniła do mnie Fundacja DKMS, gdyż jest zgodność tkankowa z konkretnym pacjentem.

Ten telefon, ta informacja bardzo mnie poruszyła, zaparła dech w piersi, nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę.

Wtedy taż zadzwoniła moja mama, żeby powiedzieć , że przyszedł do mnie list z Fundacji, poinformowałam ją o wcześniejszym telefonie od męża i poprosiłam, żeby przeczytała owy list. Po pracy odebrałam go od niej i zobaczyłam ankietę. Po przyjeździe do domu od razu usiadłam do wypełnienia ankiety. Dwa tygodnie później zostałam umówiona na wstępne badania (pobranie krwi) w mojej przychodni lekarskiej. Kiedy po około 3 tygodniach dostałam telefon z informacją, że pod kątem wirusów jestem zdrowa i że wstępnie owym dawcą mogę zostać. Bardzo się ucieszyłam, ale chyba nie zdawałam sobie do końca sprawcy z tego, co tak naprawdę zrobię. Że to będzie uczynek ratujący życie drugiemu człowiekowi.

Jakiś czas później poinformowano mnie, że pobranie szpiku odbędzie się w Dreźnie. Zaskoczyło mnie to, ale wiedziałam o takiej ewentualności.Pojechałam na badania wstępne, potem czekałam na wyniki, czy faktycznie mogę być dawcą. Wyniki potwierdziły, że jestem zdrowa, że nie ma przeszkód, abym została dawcą szpiku kostnego, który zostanie pobrany z talerza kości biodrowej pod narkozą z intubacją. Chwilę później jechałam docelowo oddać szpik kostny, troszkę się bałam, ale myśl, że uratuję życie drugiej osobie mnie upokajała.

Po oddaniu szpiku, kiedy się obudziłam z narkozy,poczułam się bardzo potrzebna. Czułam ogromną satysfakcję, że się udało, że może tamten pacjent wyzdrowieje. Z niecierpliwością czekam na informacje o jego stanie zdrowia.

Proponuję tym, którzy jeszcze mają wątpliwości czy się zarejestrować, żeby się nie obawiali. Bardzo mało osób może zostać dawcami, gdyż nie mają swojego bliźniaka genetycznego, ale trzeba próbować pomagać. Nic nas to nie kosztuje, a też nie wiadomo co nas w życiu czeka, może ktoś z naszej rodziny będzie potrzebować takiej pomocy. Nie ma na co czekać!