Paweł Leśnik

6 Grudzień 2013

Zabierałem się do napisania tej historii bardzo długo, zawsze jak chciałem to zrobić, nie wiedziałem, jak opisać to, co wtedy czułem. Postanowiłem, że kiedy już ją opiszę, to nie będę jej czytał, ani poprawiał. Zostawię to tak, jak wyjdzie spod mojej ręki. Myślę, że będzie wtedy najbardziej obiektywne i bliskie prawdy.

Czy można komuś uratować życie praktycznie bez własnego wysiłku? Czy sama chęć do tego wystarczy?

Kiedyś zadawałem sobie te pytania. Gdy byłem niepełnoletni bardzo chciałem oddać krew, z utęsknieniem czekałem na skończenie magicznej granicy osiemnastu lat. Chciałem pomóc, bezinteresownie, nieznanej osobie. Lecz to było za mało. Z Fundacją DKMS spotkałem się w telewizji, kiedyś czytałem także na ten temat, ale nie wiedziałem nic więcej.

Kiedy okazało się, że wystarczy wypełnić formularz i czekać na list, bez zastanowienia to zrobiłem. Już wtedy czułem się potrzebny i szczęśliwy, że mogę zrobić coś dla kogoś, że to właśnie ja mogę pomóc innej osobie. Po wypełnieniu formularza mogłem tylko czekać na list, przyszedł nawet szybciej niż się tego spodziewałem. Zrobiłem wszystko według instrukcji - dwa patyczki i kartka do wypełnienia, to wszystko wystarczyło. List wysłałem już następnego dnia. Po około trzech miesiącach przyszła odpowiedź, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Dostałem broszkę w kształcie puzzla, którą dumnie nosiłem. Po tym wszystkim namawiałem wielu znajomych do zapisania się. Nie oczekiwałem, że Fundacja powiadomi mnie o biorcy tak szybko.

17 Grudnia, popołudnie w domu, kubek gorącej czekolady i śnieg za oknem. Czego potrzeba więcej do szczęścia? Zadzwonił telefon domowy, rzadko już używany, głównie odbierane rozmowy zaczynały się od "Dzień dobry jestem z firmy „x” i chciałabym... bla bla bla", lecz ta rozmowa była całkiem inna. Poinformowano mnie, że znalazł się biorca i potrzebne są dalsze badania. Początkowo nie bardzo to do mnie docierało, odpowiadałem tylko na pytania, machinalnie myśląc nad tym, co właśnie słyszę. Czułem takie szczęście i ścisk w sercu, że nie potrafię tego opisać słowami (najlepiej będzie jak to właśnie Ty sam tego doświadczysz). Bez zastanowienia potwierdziłem chęć podtrzymania swojego zobowiązania i jedyne na co czekałem to data, w której mam się stawić na badania.
Pobranie krwi, kolejny krok do przeszczepu. Już niewielka ilość wystarczyła, aby wszystko potwierdzić. Na tym etapie spotkały mnie pewne trudności. Przychodnia, do której należę, nie chciała mi pomóc przy pobraniu krwi. Panie z DKMSu dwa dni starały się to załatwić i w końcu się udało (to nic, że przychodnia lekarska nie miała zielonego pojęcia o takich akcjach, ale wstydem jest to, że nie chciała pomóc osobie, która chce zrobić taki piękny, bezinteresowny gest dla kogoś innego). Bardzo szybko zadzwonił telefon, że jest pełna zgodność i jak najszybciej musimy wszystko załatwić, bo jest już mało czasu dla biorcy.
Musiałem jechać do Warszawy, klinika na Banacha, podróż minęła bardzo szybko. Myślałem tylko o tym, żeby wszystkie badania przejść pozytywnie. Kilka godzin spędzonych w szpitalu przeleciało bardzo szybko, miły i sympatyczny personel kliniki powitał mnie z otwartymi rękoma i serdecznością na twarzy. Znów Victoria!!! Badania przeszedłem śpiewająco - zapadła decyzja o pobraniu komórek macierzystych . Wtedy wydawało mi się, że większe szczęście nie może już mnie spotkać. Czułem się wspaniale i byłem cały w skowronkach. Ostateczne podejście, finał był już blisko. Kolejna podróż do Warszawy, dostałem czynnik wzrostu w postaci zastrzyków. Chciałem je wziąć jak najszybciej, ukłucia praktycznie w ogóle nie było czuć, a efekty uboczne, o których mnie poinformowano, były nieodczuwalne. Podekscytowany, z nieschodzącym uśmiechem na twarzy dojechałem do celu. Spotkałem się z przyjaciółką, która bardzo mnie wtedy wspierała (dziękuję Aniu!) oraz z rodziną. Następną noc spędziłem w hotelu, bardzo mało spałem, nie wiedziałem co ze sobą zrobić, jak o tym przestać myśleć, zapomnieć chociaż na chwilę, to było niemożliwe. Nadszedł ranek, byłem gotowy do wyjścia już kilka godzin wcześniej, nadszedł ten czas!
To uczucie, motyle w brzuchu, uśmiech, chęć wykrzyczenia wszystkim co się czuje! To był jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu, o których nigdy nie zapomnę, a zarazem najlepszy prezent jaki dostałem na urodziny od losu. Podpięto mnie do maszyny, moje komórki były pobierane przez krew obwodową. Cztery godziny spędzone na fotelu, mogłem czytać książkę, przez cały czas towarzystwa dotrzymywała mi moja rodzicielka, której jestem za to bardzo wdzięczny. Obok mnie leżał chłopak, na oko 26 lat, w tym samym czasie miał również pobranie. Ucięliśmy miłą pogawędkę o tym, jak to się stało, że tu jesteśmy.
Koniec? Woreczek z komórkami zabrany, teraz tylko ostatnia decyzja, czy jest ich wystarczająco? Czy jutro ma nastąpić drugie pobranie? Udało się, materiału wystarczy, a dla mnie przygoda się kończy. Ale czy kończą się dobre wiadomości? Nie! To przychodzi wszystko z czasem: jeden dzień wyjęty z mojego życiorysu - dla Niej to długie lata życia. Dla Niej? Tak!!! Okazało się, że biorca to kobieta, pochodzi z Niemiec.
Powrót do hotelu, nie zdążyłem nawet się rozebrać, a dostałem telefon z Fundacji. Komórki zapakowane nadano do wysyłki. I słowa w słuchawce, których nigdy nie zapomnę, jedne z najpiękniejszych słów jakie usłyszałem w życiu: "Panie Pawle, właśnie zyskał Pan drugą matkę, lecz tym razem to Pan dał jej życie" - nogi miękkie jak z waty, łzy w oczach i uczucie błogie jak nic innego. Nie potrafiłem wtedy trzeźwo myśleć, to zajęło cały mój umysł, nie dochodziły do mnie pytania, nie potrafiłem ich przeanalizować. Przez chwilę byłem jak wyłączony, łzy same napływały do moich oczu, kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że to koniec. Że to, co zrobiłem do tej pory, najprawdopodobniej uratuje życie.
TYLKO TYLE ?! CZY TYLKO TYLE wystarczy, aby przeciwstawić się śmierci?! Dobre chęci, chwila czasu poświęcona dla innej osoby?!
Jak to jest możliwe, że to, co czeka każdego z nas, można odroczyć do tak dalekiej przyszłości tylko dzięki dobremu sercu? Kiedyś przeczytałem, że życie jest jak płomień świecy. Wtedy czułem się jak ręce okrywające ten płomień przed wiatrem. Podarowałem komuś tylko cząstkę siebie, a zyskałem wdzięczność i serce tej osoby.

Kiedy byłem w pracy, dostałem telefon. Jak zobaczyłem, że to numer Fundacji, bez zastanowienia wyszedłem, aby odebrać te rozmowę. Czułem, że dziś stanie się coś pięknego. Dostałem Jej wyniki, jest w pełnym zdrowiu, dawno wróciła do domu i czuje się świetnie - następny moment, którego nie zapomnę. Ona pozostanie w mojej pamięci na zawsze. Wydaje się, że oddając szpik, to działa w jedną stronę - dajemy komuś życie. Ale tak nie jest, my także coś dostajemy. Dostajemy nieopisane szczęście, przepiękne wspomnienia na całe życie, najlepszą lekcję jaka może nas spotkać. Teraz już tylko czekam na jedno, na list. Mam nadzieję, że kiedyś go dostanę, nie chcę podziękowań, wdzięczności, ani nic takiego. Chcę tylko dowiedzieć się od Niej, że czuje się dobrze i jest w pełni zdrowa.

Namawiam wielu przyjaciół do tego, aby zapisywali się jako potencjalni dawcy, opowiadam im swoją historię. Zorganizowałem w swojej szkole Dni Dawcy, dzięki którym zapisało się 26 osób, może i to niewiele, ale zawsze to szansa dla kogoś na nowe życie. Zachęcam gorąco wszystkich do podjęcia tego małego kroku, nie pożałujecie tego!

Na sam koniec chciałem podziękować bliskim, którzy mnie w tym wspierali, zwłaszcza mojej mamie, która przez cały czas była przy mnie, personelowi szpitala i wszystkim pracownikom DKMSu.