Relacja Aleksandry

Organizacja projektu studenckiego na Politechnice Warszawskiej w grudniu 2015 r. i kwietniu 2016 r. nie była moim początkiem przygody z Fundacją DKMS…

Pod koniec 2011 roku mój tata, wykładowca Politechniki Warszawskiej w Płocku, wpadł na pomysł zorganizowania akcji rejestracji potencjalnych dawców szpiku na uczelni. Razem ze swoim Kołem Naukowym Inżynierii Środowiska zorganizował dwa razy Dzień Dawcy Szpiku (styczeń 2012, kwiecień 2013). Były to akcje przeprowadzone w małej salce, w której mieściło się kilkunastu wolontariuszy i kilka pielęgniarek – wtedy jeszcze zamiast wymazu za pomocą pałeczek, pobierało się próbkę krwi przy rejestracji. Zarejestrowaliśmy wtedy odpowiednio 406 i 358 dawców! Pomagając i biorąc aktywnie udział w tych akcjach zaraziłam się całą ideą i postanowiłam, że będę dalej działać w tym kierunku.

Pierwszy raz wzięłam udział w projekcie studenckim w grudniu 2013 roku, kiedy Magda Dziadosz, przewodnicząca wspomnianego koła, zechciała po śmierci mojego taty w ramach projektu studenckiego zrobić na uczelni akcję rejestracji dedykowaną jego pamięci. Następne dwie akcje na uczelni zrobiliśmy w 2014 r. Współorganizowałam je z ambasadorami Politechniki, gdyż sama, jako uczennica jeszcze liceum, nie mogłam takim ambasadorem zostać. Wreszcie w zeszłym roku, po rozpoczęciu studiów na Wydziale Fizyki PW w Warszawie, sama mogłam zgłosić się jako Lider projektu. Razem z Mają Berus, Wiktorią Zbyszyńską, Moniką Miętus i Igorem Gołaszewskim przeprowadziliśmy dwie akcje, które przyczyniły się do powiększenia się bazy o kolejne setki młodych osób.

Było to dla mnie nowe doświadczenie. Organizacja akcji na uczelni okazała się być zupełnie czymś innym niż robienie tego w moim mieście, gdzie wiedziałam, do kogo z mediów, służb medycznych, drukarni, czy Urzędu Miasta się odezwać, by uzyskać wszelkie pozwolenia, fundusze, możliwości bardzo mocnej, obejmującej całe miasto, promocji akcji. Była to dla mnie lekcja pokory – zobaczyłam, że uczelnia tutaj ma swoje skomplikowane struktury, własną specyfikę, że nie jestem w stanie zrealizować wszystkich swoich pomysłów, że muszę ograniczyć swoje wielkie plany promocji do danej gablotki przy dziekanacie, do dwóch wykładów na wydziale, do fanpage’a na Facebooku… Początkowo załamana myślą, że „tutaj nie da się nic zdziałać!”, dzięki pomocy starszych koleżanek z Samorządu dowiedziałam się, że i tu najważniejsze jest wiedzieć, do kogo zwrócić się z daną prośbą i być wytrwałym.

Udało nam się nakręcić spot, dotrzeć do uczelnianych mediów, przeprowadzić prelekcje w kilku miejscach, znaleźć dużą grupę wolontariuszy i wreszcie z powodzeniem zarejestrować setki studentów na większości wydziałów PW. Zdobyłam nowe doświadczenie, zawiązałam znajomości z ciekawymi i otwartymi na różne pomysły ludźmi, poznałam lepiej własną uczelnię, a przede wszystkim poczułam radość, że udało mi się dołączyć przez swój wysiłek do wielkiego dzieła fundacji, jakim jest walka z nowotworami krwi. Dowiedzieliśmy się już, że są faktyczni dawcy z akcji przeprowadzanych na uczelni. Dzień, w którym dostaje się telefon od fundacji z taką informacją, jest niesamowity. Człowieka przepełnia energia, duma i chęć robienia jeszcze więcej, i jeszcze więcej… To moment, w którym można sobie uświadomić, że to działa! Dzięki tym akcjom faktycznie ktoś komuś ratuje życie! Dzięki Wam za tę wspaniałą i cenną przygodę!

RAZEM MOŻEMY WIĘCEJ

DOŁĄCZ DO SPOŁECZNOŚCI HELPERS' GENERATION!