Tomasz Kiełczewski

6 Grudzień 2013

Mam na imię Tomek i chciałbym Wam opowiedzieć historię, która może spotkać każdego z Was. Możecie dać szansę na nowe zdrowe życie innemu człowiekowi. Zarejestrowałem się w DKMS w grudniu 2010 roku wraz z żoną, przy pełnej aprobacie córek. Nie było żadnego bezpośredniego powodu, nikt w rodzinie ani wśród znajomych nie chorował na białaczkę.

Wystarczyła wiedza, że „w Polsce, co godzinę stawiana jest komuś diagnoza: nowotwór krwi, czyli białaczka. Dla wielu chorych jedyną szansą na życie jest przeszczepienie szpiku od dawcy niespokrewnionego. Dlatego tak ważne jest, aby potencjalnych dawców było jak najwięcej. Aby chory twoją pomoc otrzymał dokładnie wtedy, gdy „wpadnie w tarapaty”.


W lipcu 2013 roku SZOK, telefon z DKMS: jest chory, który potrzebuje mojej pomocy. Czy podtrzymuję swoją gotowość do oddania szpiku? No prawie się obraziłem - jak to czy podtrzymuję? OCZYWIŚCIE, ŻE PODTRZYMUJĘ. Żona i córki były przeszczęśliwe, tata komuś podaruje szanse na zdrowe życie. Wyglądało na to, że w tym roku nikt nie przebije DKMS’u z prezentem urodzinowym dla mnie! Ekspresowo w moim mieście koordynator z DKMS’u umówił pobranie krwi i wysyłkę do typizacji. Miałem czekać może nawet 3 miesiące, kurcze czemu tak długo. Dostałem email: jest OK, typizacja potwierdzona, ale lekarze nie potrafią określić daty pobrania. I znowu oczekiwanie. Może to i lepiej pomyślałem, może pacjent wyzdrowieje dzięki chemii.
Dwa miesiące później email: ustalono datę badania w Warszawie w Klinice na Banacha, a dwa tygodnie później pobranie i przeszczep choremu. Pojechałem na badanie (około 4 godzin). W klinice personel - Gosia i Kasia - rewelacja: miłe, zaangażowane, uśmiechnięte. Pobranie krwi do badań – morfologia, biochemia, metabolizm żelaza, immunohematologia, serologia zakaźna, parametry krzepliwości, badanie moczu, potem EKG - luz mam na badaniach okresowych, jeszcze gruntowne USG. Spotkanie z lekarzem, wywiad, badanie i pomiar ciśnienia. UFFFFF wszystko w porządku. Mogę być DAWCĄ!!!! Jeszcze tylko szkolenie Kasi z podawania sobie granocytu -4 dni rano i wieczorem. Poradzę sobie bez problemu, oglądaliśmy przecież tyle filmów, dr. Queen, Rambo, itp. Kolega miał ostatnio złamaną nogę i też robił sobie zastrzyki. Powrót do domu.


Nadszedł ten dzień. Wyjazd do hotelu dzień wcześniej, jadę z żoną. Wyśpimy się, a rano na Banacha. No tak, ale godziny jazdy nieciekawe. Zastrzyk o 19.00 wypadł mi na parkingu na autostradzie, ale co tam dałem radę. Hotel super, kolacyjka i ziuziu aaa. Wstaliśmy przed 7.00, zastrzyk, śniadanko w hotelu i w drogę. Dojechałem o 8.05, a dziewczyny: co tak długo? co tak późno? korki drogie Panie, korki, w końcu to Warszawa. Żartowały, a w oczach widać było, że się cieszą bardzo ,że kolejne pobranie za chwilę się zacznie. Gosia wkłuwa się w prawą rękę, pobranie krwi na morfologie. Wywiad i badanie przez lekarza pozytywnie. No to idę się ułożyć na fotelu, przede mną 4 godziny leżakowania (ostatnio tak długo w ciągu dnia leżałem w przedszkolu po obiedzie). Gosia podłącza prawą rękę (powró),a potem lewą (pobranie). Pobranie z krwi obwodowej nie powoduje ubytku krwi. Zero bólu, zero odczuć, maszyna powoli oddziela sobie komórki macierzyste dla chorego.
Podczas pobrania żonka dbała o mnie, kocyk, kawka, czekoladka - żyć nie umierać. Chociaż jakiś czas temu zapowiedziała mi, że koniec mojego narzekania. Przebadali cię gruntownie, jesteś zdrowy, już nie masz co stękać. Cały czas fajna konwersacja, przyjechali ludzie z DKMS, też pogadaliśmy. W miedzy czasie przebadano dwoje potencjalnych dawców już po pozytywnej typizacji. Na oddziale jedna dziewczyna oddała szpik. Bogaty dzień na Banacha.
Po 240 minutach koniec. Gosia odłącza mnie od maszyny. Materiał trafił do badania, a my z żonką na obiad. Czekamy z godzinkę na wynik pobrania. Zapotrzebowanie było na około 6 milionów komórek, a Tomek oddał ile? 8 milionów! Więc wszystko OK. Pełen sukces. Powrót do domu.

Gdzieś przeczytałem: „Odważny, to nie ten kto się nie boi, ale ten który wie, że istnieją rzeczy ważniejsze niż strach”. Jak na jednej szali położyć „boję się ukłucia igłą”, a na drugiej życie człowieka? Jak na pierwszej położyć strach przed zastrzykiem, a na drugiej życie realnego chorego gdzieś tam na świecie?

Chory, który dostał moje komórki macierzyste to 20 letni chłopak. Ja mam 41 lat. Dziewczyny w domu śmieją się, że przecież zawsze chciałem mieć jeszcze syna, a to trochę coś w tym rodzaju.
Wiedza przepędza strach (motto szkoły spadochronowej), poczytajcie o chorobie, o metodach pobrania i zróbcie to. Nie bójcie się być dobrym i rejestrujcie się. Czuję się świetnie, trochę inaczej patrzę na to co ważne w życiu. W tej opowieści zgubiłem trochę zdrowiejącego w co bardzo mocno wierzymy, ale to co się tam wydarzyło trudno mi sobie wyobrazić. Walcz stary, walcz na pewno wygrasz swoje życie.

Dziękuję wszystkim z fundacji DKMS, lekarzom i pielęgniarkom z Banacha. Przeżyłem coś wspaniałego.

Zapamiętaj: zostaniesz przebadany, pobranie nie boli, należy ci się 100% wynagrodzenia w pracy podczas tej nie obecności, nie ponosisz żadnych kosztów - dojazdu, hotelu, wyżywienia, itp. Fundacja tym się zajmie, ratujesz realnie życie, jesteś szczęśliwy, chory zdrowieje, propagujesz idee dawstwa wszędzie tam gdzie możesz, a po 2 latach może spotkasz człowieka któremu pomogłeś - czego Tobie i sobie życzę.