Aneta Matysek

9 Czerwiec 2016

W 2009 roku dołączyłam do zaszczytnego grona potencjalnych dawców w Fundacji DKMS.

Z jednej strony oczekiwałam telefonu z wiadomością, że jestem potrzebna do ratowania życia, a z drugiej miałam nadzieję, że mój bliźniak genetyczny nie musi się zmagać z tą okropną chorobą.

Początek roku, zima, wieczór. Coś mnie tknęło, by sprawdzić skrzynkę mailową. Wiadomość DKMS – nie zdążyłam doczytać do końca, gdy zadzwonił telefon. Ten telefon! Z tą informacją! Jest szansa na pomoc, trzeba tylko przejść szereg badań.

Tak! Już! Nawet zaraz – byłam gotowa zostawić wszystko i rozpocząć bieg machiny po czyjeś zdrowie.

Fantastyczni ludzie z Fundacji wszystko wyjaśnili, rozwiali wątpliwości skąd i jak pobierane są komórki macierzyste.

Kilka dni później wszystko nabrało obrotu. Pierwsze badania, moja niecierpliwość i „nękanie” pracowników czy coś wiadomo? Czy już mogę oddać? Czy jestem zgodnym dawcą?

Przy okazji wykonywania badań poznałam niezmiernie szczerych i otwartych ludzi – panie pielęgniarki, lekarzy. To Oni dodali mi pewności, że to nic strasznego, a wręcz pięknego – podarować komuś życie.

Wszystko przebiegło na tyle dobrze, że został wyznaczony termin pobrania komórek macierzystych (w moim przypadku z krwi obwodowej). Dostałam instruktaż przyjmowania czynnika G-CSF.

Ten etap był najtrudniejszy, bardzo źle znosiłam skutki podawania czynnika. Jednak dałam radę i nawet przez chwilę nie zwątpiłam. Czułam swoją misję, swoją potrzebę pomocy.

Pobranie samo w sobie dla mnie nie było straszne, kilka godzin spędzony na Sali Pobrań minęło bardzo szybko. Niestety nie udało mi się za pierwszym razem oddać wystarczającej ilości komórek. Zostałam poproszona o zgłoszenie się do kliniki następnego dnia i przyjęcie jeszcze dwóch zastrzyków z czynnikiem wzrostu.

Kolejnego dnia było równie miło jak poprzedniego, moja misja dobiegła końca. Udało się zebrać potrzebną ilość.

Mój bliźniak pochodzi ze Skandynawii i jest sporo starszy ode mnie jednak czuję z nim ogromną więź i liczę na spotkanie po upływie dwóch lat.

Czy gdybym kolejny raz stanęła przed takim wyzwaniem, podjęłabym się tego? – TAK! TAK! TAK! I ilekroć byłabym potrzeba moja odpowiedź zawsze będzie jednoznaczna.

Zachęcam każdego do rejestracji. Jest nasz już tak dużo, a mimo to jeszcze za mało… Tak wielu ludzi nas potrzebuje! Dajmy im szanse na wyzdrowienie i cieszenie się życiem!