Sylwia Dzianach

27 Marzec 2017

Mam na imię Sylwia jestem świeżym Dawcą, chcę się z wami podzielić moimi przeżyciami związanymi z Fundacją DKMS, moja historia jest dość podobna do innych Dawców, jednak dla mnie jest coś bardzo wyjątkowego.

Rozpoczęła się, kiedy zarejestrowałam się jako potencjalny Dawca w swojej przychodni. Po równych 2 latach telefon się odezwał. I to nie do mnie, do mojej mamy. Bo przecież kto pamięta w codziennym biegu o czymś takim jak aktualizacja danych? Na moje szczęście, stary numer telefonu zostawiłam w domu i mama bardzo szybko przekazała mi nr telefonu do Fundacji. Teraz wiem już jak ważne jest pilnowanie by w Fundacji był do mnie aktualny kontakt.

Wybiegłam szybko z pracy i oddzwoniłam, usłyszałam prostą informację – „Dostaliśmy zapytanie o panią, jako o potencjalnego Dawcę szpiku – czy wciąż chce pani pomóc?”. Chciałam – bardzo chciałam pomóc i od tego momentu nie myślałam o niczym innym. Powiedziałam A – rejestrując się, to trzeba powiedzieć też B. Od pierwszych badań zwanych Typizacją Potwierdzającą, minęło sporo czasu, gdyż w okresie zimowym oczywiście chorowałam, na bieżąco informując mojego opiekuna o przyjmowanych lekach. Trochę przedłużyło to cały proces bym wreszcie mogła otrzymać telefon i usłyszeć dobre wiadomości. Jest zgodność genetyczna – metoda pobrania to separacja komórek macierzystych – klinika w Krakowie. Teraz sytuacja rozkręciła się na dobre, pochłonęła wszystkie moje dotychczasowe problemy, które stały się nieważne. Teraz liczyło się dla mnie tylko pobranie. Żyłam tylko tym, wszelkie sprawy przekładałam na „po pobraniu”. Nie mogłam się doczekać tego dnia – kiedy faktycznie moje komórki pojadą w świat i dadzą mojemu bliźniakowi szansę na życie.

W ciągu 3 dni od wspomnianego telefonu, byłam już w klinice, na badaniach wstępnych. Poznałam tam fantastyczne panie pielęgniarki oraz fantastycznych ludzi którzy również tak jak ja mieli wkrótce oddać cząstkę siebie.

Po szczegółowych badaniach, instrukcjach dotyczących zastrzyków z czynnikiem wzrostu, wróciłam do domu razem z torbą ze strzykawkami. Nie ukrywam, bałam się zastrzyków, nawet nie samego zastrzyku bo przecież to tylko ukłucie które na dobrą sprawę nie boli. Bałam się reakcji mojego organizmu na czynnik. Ale spokojnie, pani pielęgniarka z kliniki uspokoiła mnie mówiąc, że w poprzednim roku na ok. 300 osób oddających komórki – tylko 13 odczuwało jakieś efekty uboczne.

Myślę sobie, no dobra dam radę. Jestem dzielną kobietą i dzięki wsparciu przyjaciółek faktycznie w to uwierzyłam. Ale spokojnie, as w rękawie był, myślę sobie, wybadam sytuację. Miałam „swojego człowieka” poznanego na badaniach, z którym utrzymywałam kontakt na Facebooku. Kolega kilka dni przede mną przyjmował czynnik i oczywiście wzajemnie się wspieraliśmy mimo tego, że praktycznie się nie znaliśmy. Jako, że on nie miał absolutnie żadnych efektów ubocznych, przestałam się bać. Cztery dni przed pobraniem sama przyjęłam zastrzyk i wszystko było w jak najlepszym porządku. Niestety dla mnie nie było to tak proste i efekty uboczne odczułam następnego dnia. Faktycznie odczuwałam ból kości zbliżony do tego przy grypie. I tak nasilał się, bolała mnie miednica i nogi. Przez co ciężej było mi się poruszać. Cały czas myślałam o bliźniaku… Brałam paracetamol i dawałam radę, myśląc o tym ile razy on musiał przejść przez odczuwanie większego bólu. A ja nie mogę tego zrobić? Jestem zdrowa i wytrzymam ten ból dla niego, bo to nic w porównaniu do tego przez ile musiał przejść. Absolutnie was nie straszę, chce żeby każdy wiedział, że to wszystko było tego warte.

Kilka dni później pojechałam do kliniki z asekuracją przyjaciółki i ogromem ludzi którzy czekali na telefon ode mnie. Tak to był ten wielki dzień, przywitałam panie pielęgniarki z uśmiechem i usiadłam na fotelu na którym miałam spędzić najbliższe kilka godzin. Opowiedziałam ich o moich efektach ubocznych, panie pobrały mi krew i poszły ją zbadać. Po 15 min. wróciły, jedna z nich spojrzała na kartkę z moimi wynikami, następnie spojrzały na siebie, na kartkę i na mnie. W mojej głowie było już milion myśli: coś jest nie tak, jest jakiś problem. Szybko mnie wyprowadziły z błędu, że nic dziwnego, że mnie wszystko boli, norma leukocytów we krwi człowieka to jakieś 4 -7 tys. W mojej krwi było ich obecnie 100 tys. Byłam rekordzistką. Bardzo szybko ból ustąpił, po podłączeniu mnie, wszystko ustąpiło, przestało mieć znaczenie.

Odwiedziła mnie przyjaciółka, żeby wesprzeć i przejąć funkcje sekretarki, odbierając telefony od wszystkich i każdemu tłumaczyć, że bardzo dobrze się czuję. Jak sama stwierdziła już jak mnie wtedy zobaczyła, wiedziała, że czuję się lepiej, uśmiech nie schodził mi z twarzy! Po kilku godzinach było po wszystkim, wyjątkowo w bardzo krótkim czasie zebrano ode mnie cały materiał i po krótkim oczekiwaniu okazało się, że jest w nim potrzebna ilość komórek i mogę wrócić do domu. Olbrzymia ilość energii we mnie wstąpiła i jest we mnie do dziś. Po 3 godzinach dowiedziałam się, że moją bliźniaczką jest kobieta w średnim wieku z USA.

Przez moją głowę przeszła myśl, że w sumie jest to wiek zbliżony do wieku mojej mamy i tak naprawdę ta choroba może dotknąć każdego.

Poczułam olbrzymią dumę. Może uratowałam czyjąś mamę, żonę, siostrę, córkę. Od tego dnia wszystko ma dla mnie inne znaczenie, dostałam olbrzymiego pozytywnego kopa energii i optymizmu. Mam jej więcej niż kiedykolwiek i każdego dnia myślę o niej, o mojej bliźniaczej mamie. Napisałam do niej, w liście przekazałam jej swój upór w dążeniu do celu, by miała go w sobie razem z moimi komórkami, by mogła wygrać z chorobą. Napisałam też, że moim olbrzymim marzeniem zawsze było polecieć do USA, teraz moim największym marzeniem jest ją poznać i że wszystko co robiłam to z myślą o niej.

Gdzieś przyjęło się, że superbohater pozostaje anonimowy, ale superbohater Fundacji DKMS nie pozostaje anonimowy, on walczy z niesprawiedliwością jaką jest choroba i nie poddaje się mimo wszystko. Ty też możesz stać się czyimś superbohaterem i faktycznie uratować komuś życie. Zarejestruj się, w tobie jest lek na raka!!! Bardzo dziękuję moim przyjaciółkom i rodzinie za całe wsparcie. Bez was nie dałabym rady. Staliście się częścią całej procedury i za wsparcie które mi okazaliście jesteście moimi superbohaterami. Dziękuję też wszystkim których poznałam dzięki Fundacji oraz osobom które mi głęboko kibicowały.