Monika Dziewit - Dawczyni komórek macierzystych

Ostatnia aktualizacja: 16.04.2021

Jak wam opowiedzieć coś, czego nie da się opowiedzieć?

Najlepiej chyba od początku. Przede wszystkim musicie być zdecydowani, pewni swojej decyzji, bo gdy zadzwoni ten magiczny numer i ktoś w słuchawce powie „Jesteś komuś potrzebny”, nie możesz się zawahać.

Ja zbyt długo to odwlekałam. Najpierw ślub, potem ciąża i moja przemyślana decyzja coraz bardziej się oddalała. Ale kiedy podczas porodu musiałam otrzymać krew, decyzja zapadła już ostateczna - muszę komuś pomóc. W drugą rocznicę ślubu weszłam na stronę DKMS i po prostu to zrobiłam. Nie zastanawiałam się czy będę kiedyś potrzebna czy nie - po prostu byłam.

Po niecałym pół roku zadzwonił magiczny telefon i p. Andrzej powiedział Moniko jesteś potrzebna. Później wszystko potoczyło się błyskawicznie. Badania zgodności, a później ten okropny czas oczekiwania czy wszystko ok. Po około trzech miesiącach okazało się, że jest ktoś bardziej zgodny niż ja i zostałam poinformowana o tym, że jednak nie będę już potrzebna.

Po tygodniu znów zadzwoniła fundacja i poprosili żebym jednak przygotowała się do badań wstępnych w Dreźnie, ponieważ tamtejsza klinika jednak zmieniła zdanie. Moja euforia sięgnęła zenitu. Jednak będę mogła komuś podarować szansę na normalne zdrowe życie. A później już wszystko z górki - badania i pobranie przebiegły bardzo sprawnie, w dużej mierze dzięki osobom, które tam spotkałam - cudownego tłumacza Maćka i wszystkich, którzy się nami opiekowali w klinice w Dreźnie.

Po pobraniu cudowne samopoczucie, choć trwało to trochę długo – mam po prostu mało krwi i musiała ona kilkukrotnie przejść przez maszynę. Jednak taki dyskomfort w porównaniu do cierpienia i bólu, który przechodzi osoba chora na białaczkę, to przysłowiowy pryszcz. Po opuszczeniu kliniki cudowny spacer po Dreźnie z moją rodziną, która oczywiście była przy mnie cały czas podczas pobrania i badań. Mój mąż Dominik i syn Kacper mogli być przy mnie i nie był to problem ani dla kliniki ani dla fundacji.

I na koniec ten cudowny telefon od p. Zuzy, która powiedziała mi kto jest moim bliźniakiem genetycznym – mężczyzna, Węgier, lat 42. Pomyślałam jest młodszy od mojego ojca, może ma małe dzieci, musi mieć szansę na dobre, normalne życie – bądźcie odważni, nie bójcie się. To nie boli, a może dać komuś cudowne, normalne, zdrowe życie.

Ty też możesz uratować komuś życie!
Ta strona została zaktualizowana. Prosimy odśwież ją.