Aleksander Górniak

25 Maj 2018

O Fundacji DKMS dowiedziałem się przez przypadek. Wstyd się przyznać, ale przed tem nie zastanawiałem się nad tą chorobą i koniecznością przeszczepów komórek macierzystych. Zarejestrowałem się po Runmageddonie we Wrocławiu. Dokładniej mówiąc po 12 km biegu mój tata pokazał mi namiot DKMS. Tam wolontariusze opowiedzieli mi o przeszczepach i po tym, nie było już innej opcji jak tylko się zarejestrować. Dopiero później kiedy trochę o tym poczytałem dowiedziałem się jaka to jest piekielna choroba. Koniec końców, w mojej ocenie, to moje całe prężenie mięśni na wszystkich moich treningach, zawodach czy biegach przełajowych traci jakikolwiek sens, jeżeli nie pomogę osobie, która bez mojej pomocy najprawdopodobniej umrze.

Uważam, że zarejestrowanie się do fundacji było czymś tak naturalnym i oczywistym jak oddychanie.

Zarejestrowałem się w maju 2017, a już w październiku tego samego roku dostałem telefon od DKMS, że jest człowiek, który potrzebuje mojej pomocy i czy dalej chcę uczestniczyć w tym programie. Wtedy najchętniej bym wstał i od razu pojechał we wskazane miejsce. Okazało się, że najpierw należy wykonać całą masę testów potwierdzającą zgodność z biorcą. Na końcu zostałem zaproszony do kliniki w Gliwicach na ostatnie badania na miesiąc przed oddaniem komórek macierzystych. Zrobili mi wtedy wszystkie możliwe badania. Wszystko to działo się bardzo szybko i sprawnie. Pani pielęgniarka prowadziła nas od gabinetu do gabinetu przez co nie czekaliśmy w kolejkach. Ta wyprawa kończyła się na badaniach u lekarza, który ostatecznie kwalifikował do przeszczepu. Wtedy czekaliśmy w kolejce razem z chorymi i tak na dobrą sprawę zrozumiałem jaką straszną chorobą jest białaczka. To wywołało u mnie determinację większą niż kiedykolwiek wcześniej. Po prostu nie było takiej siły na niebie i ziemi, która powstrzymałaby mnie od stawienia się w klinice miesiąc później na oddaniu komórek.

Pierwsze na co zwróciłem uwagę to niesamowita chęć pomocy wszystkich dookoła. Moim zdaniem ja zrobiłem najmniej. Ja tylko zrobiłem to co trzeba było. Nie było nikogo kto by mnie nie wspierał w tym jak tylko dowiedzieli się, że będę oddawał szpik. Na przykład podczas badania w Gliwicach lekarz stwierdził, że przed przeszczepem muszę usunąć ząb i to jak najszybciej, żeby wyeliminować jakiekolwiek powikłania. Dentysta wtedy przyjął mnie nie tyle nawet, że bez kolejki, ale czekał na mnie po pracy, bo utknąłem w korku. Pani kardiolog też dodatkowo wykonała mi wszystkie badania jakie tylko są możliwe, żeby rozwiać wątpliwości czy mogę być dawcą czy nie. Na pobraniu musiałem stawić się na tyle wcześnie, że nie zdążyłbym zjeść śniadania w hotelu, więc rano na recepcji czekał już na mnie prowiant na drogę. Nie mówiąc już o niesamowitym wsparciu rodziny. Każdy robił co tylko mógł żeby pomóc. Ja tylko zachowałem się jak trzeba.

Samo pobranie, wbrew ogólnej opinii, w ogóle nie jest bolesne. Istnieje przekonanie, że pobranie polega na wbijaniu ogromnej igły i to w sam środek kręgosłupa, to strasznie boli, i człowiek nigdy nie jest już tym samym człowiekiem. To oczywiście nieprawda. Komórki macierzyste pobrano mi metodą obwodową – generalnie pobierano krew z lewej ręki, przepuszczano przez separator komórkowy i po tym tą krew wtłaczano z powrotem do krwioobiegu przez prawą rękę. Bolało tyle co podłączenie wenflonów. Sam proces trwał ponad 5 godzin, więc po prostu był trochę nudny. Poza tym nie było żadnych nieudogodnień. Cały czas były z nami bardzo sympatyczne pielęgniarki, które bez przerwy upewniały się czy przypadkiem nie przestało nam być wygodnie.

Niesamowite jest to, że moje komórki macierzyste zostały wysłane aż do Ameryki. Biorcą okazał się 57 letni Amerykanin.