Artur Koszewski

21 Wrzesień 2018

Pewnego razu zarejestrowaliśmy się wraz z żoną jako dawcy szpiku, korzystając z okazji, że były prowadzone zapisy w naszym mieście. Stwierdziliśmy: „a czemu  nie?“ Nie wyglądało to na nic nie przyjemnego: pobór wymazu z jamy ustnej, kilka podpisów i tyle.

Wróciliśmy do domu z cichą nadzieją, że może komuś pomożemy. Mijały dni, tygodnie, minęły prawie 3 lata, gdy nagle w środku dnia podczas pracy zadzwonił telefon. Numer nieznany, więc niechętnie odebrałem, aczkolwiek był to telefon, na który podświadomie cały czas czekałem. Koordynatorka z DKMS przedstawiła się i podała powód, dla którego do mnie zadzwoniła. Zapytała czy na przełomie tych kilku lat nie rozmyśliłem się i czy jestem gotów komuś pomóc. Naturalnie odpowiedziałem, że „tak, w końcu to miałem na celu rejestrując się“. Zostałem zakwalifikowany jako dawca szpiku z krwi obwodowej.

Data zabiegu została wyznaczona na wrzesień 2018 roku w jednej z warszawskich klinik. Kilka dni przed zabiegiem zacząłem przyjmować niezbędny lek, który wywoływał bóle głowy i kręgosłupa, ale skutki uboczne łagodził lek przeciwbólowy. W dzień zabiegu przesiedziałem na fotelu prawie 7 godzin, ale w miłym towarzystwie pielęgniarek i innego dawcy z fotela obok, ten czas szybko zleciał. Niedługo po zakończonym zabiegu dowiedziałem się, że została zebrana wymagana ilość szpiku i mogę wracać do domu.

Odetchnąłem z ulgą, że pewien etap na drodze powrotu do zdrowia mojego bliźniaka genetycznego jest zakończony, a teraz zaczyna się kolejny - myślę ten najważniejszy, czyli przekazanie szpiku. Teraz z  niecierpliwością czekam na wieści o stanie zdrowia mojego biorcy i na to, że przeszczep się przyjął. Pozdrawiam, Artur.