Aneta Boczula

2 Marzec 2015

Jako potencjalny dawca zarejestrowałam się z myślą: "Jeżeli mogłabym komuś pomóc, to dlaczego tego nie zrobić?" Przecież to taki naturalny odruch. Kiedy ktoś mnie pyta, co było powodem mojej rejestracji odpowiadam: "a dlaczego miałabym się nie zarejestrować?".

Po pięciu miesiącach od rejestracji dostałam informację, że prawdopodobnie znalazł się mój genetyczny bliźniak, który potrzebuje pomocy. Jadąc do pracy w autobusie odebrałam taki telefon i padło pytanie czy wyrażam chęci podzielenia się częścią siebie. Bez wahania zgodziłam się. Cały dzień w pracy chodziłam podekscytowana i nie mogłam myśleć o niczym innym.

Trzy tygodnie później jechałam już do Drezna do kliniki, gdzie miałam mieć przeprowadzony szereg badań, aby potwierdzić moją zgodność genów z biorcą, ocenić mój stan zdrowia i podjąć ostateczną decyzję czy mogę być dawcą. Tam dokładnie wytłumaczono mi jak będzie wyglądał cały proces, zobaczyłam miejsce, gdzie będzie pobranie komórek i dostałam i dostałam dawkę leku Granocytu, którą miałam przyjmować 4 dni przed oddaniem komórek, aby się namnożyły w moim organizmie, żeby oddać ich nadmiar beż uszczerbku na moim zdrowiu. Trzeba podkreślić, że zdrowie dawcy jest stawiane na pierwszym miejscu stąd bardzo dokładne badania wstępne.

Powrót do domu i po kilki dniach telefon z informacją, że mogę oddać swój szpik. Niesamowita radość mnie przepełniła połączona trochę z obawami, ale myślę, że to naturalne. Chęć niesienia pomocy była jednak silniejsza. Do kliniki w Dreźnie pojechałam z mamą. Całą stronę organizacyjną przejęła fundacja, za co jestem bardzo wdzięczna. Transport, hotel oraz wyżywienie były zapewnione. Towarzyszył nam również tłumacz Maciej Luchowski i jego tata Henryk Luchowski, którzy doskonale pełnili funkcję tłumaczy, przewodników, kierowców, ale także dawali ogromne wparcie psychiczne i genialnie rozluźniali atmosferę. Pan Henryk nawet głaskał mnie po ręku w momencie wkłucia igieł. Dzięki Nim ten wyjazd był jak udana wycieczka ze szczytnym celem.

Jeżeli chodzi o samo pobranie komórek macierzystych przebiegało ono bardzo sprawnie. Dwa wkłucia igieł i siedziałam 4 godziny w wygodnym fotelu. Oddawałam komórki w cudownym towarzystwie dwóch innych dawców z Polski, więc te 4 godziny tak szybko minęły, że nawet nie zdążyłam posłuchać muzyki, którą sobie przygotowałam ani obejrzeć filmu, które udostępniała klinika. Cały czas się śmialiśmy i rozmawialiśmy.

Skutkiem brania leku przed oddaniem komórek są dolegliwości grypopodobne, które ja również miałam i w trakcie oddawania komórek też je odczuwałam, ale po całym procesie objawy ustąpiły. Personel medyczny był nad wyraz miły, sprawny i życzliwy. Po 4 godzinach zostaliśmy odłączeni od aparatur. Udaliśmy się na obiad, zwiedzanie pięknego miasta i zakupy do późnych godzin wieczornych, kiedy dopadło nas zmęczenie. Jakieś 2 godziny po oddaniu komórek dostałam telefon z fundacji z informacją, kto jest moim biorcą. W tym momencie dotarło do mnie, co tak na prawdę zrobiłam i ogarnęło mnie ogromne wzruszenie.

Następnego dnia po śniadaniu ruszyłam w drogę powrotną ze świadomością tego, co zrobiłam. Całą drogę do domu myślałam o swojej biorczyni. Mocno wierzyłam, że przeszczep się przyjmie i wróci ona do zdrowia.

Miesiąc po oddaniu komórek, kiedy robiłam badania kontrolne zlecone przez fundację dostałam informację, że moja biorczyni została wypisana do domu i tam będzie wracać do zdrowia. Czekam na kolejne wieści po kilku miesiącach i mocno trzymam za nią kciuki. Mogłam również napisać do niej list, który fundacja przetłumaczyła i wysłała do kliniki biorczyni.

Jeżeli ktoś z Was nadal się waha czy powinien się zarejestrować, niech już się nie zastanawia. To nie kosztuje prawie nic, a może uratować komuś życie. W moim przypadku kosztowało mnie to sporo emocji, bo taki mam wrażliwy charakter, ale to to też piękne doświadczenie życiowe. Bo cóż znaczy chwila stresu "jak to będzie" w porównaniu z tym, jak wiele można uczynić? I to uczucie, którego w żaden sposób nie da się opisać... choćbym nie wiem na ile sposobów próbowała.