Anna Drogoń

8 Styczeń 2015

Nad oddaniem szpiku nigdy za bardzo się nie zastanawiałam, ale kiedy usłyszałam na zebraniu u córki w gimnazjum, że za miesiąc będzie można się zarejestrować, postanowiłam to zrobić. I tak w grudniu 2013 r. zarejestrowałam się w bazie DKMS. Teraz mamy grudzień 2014 r., a ja już oddałam komórki macierzyste. Ale po kolei.

Po kilku miesiącach od zarejestrowania dotarła do mnie moja karta z numerem dawcy, włożyłam ją do szuflady i zapomniałam. A tu nagle we wrześniu telefon z DKMS, że jest ktoś, kto potrzebuje mojej pomocy. Pamiętam, że podczas tej rozmowy łzy mi leciały po policzkach i ręce się trzęsły z emocji. Pojawił się też mały strach, jak to wszystko będzie wyglądać. Pani Kasia z DKMS wszystko mi wyjaśniła i zadała pytanie czy dalej chcę być dawcą – oczywiście, że tak. Najpierw były badania w moim mieście, pobrano mi krew do badań i do dalszej typizacji (potwierdzenia zgodności) oraz wypełniłam ankietę na temat swojego zdrowia. I czekanie kilka tygodni i nerwy, czy potwierdzi się zgodność. Skoro jest ktoś, kto potrzebuje mojej pomocy, to chcę mu pomóc. Wreszcie telefon z DKMS jest zgodność - hurra!.

Wyznaczono datę dalszych moich badań w klinice w Warszawie. Po badaniach znów czekanie, ale krótkie i wiadomość – wyniki są dobre, mogę oddać komórki macierzyste.

Na pobranie do Warszawy pojechałam z mężem. 4 dni przed pobraniem musiałam robić sobie zastrzyki w brzuch namnażające komórki macierzyste (nic strasznego). Niestety, tydzień przed pobraniem, dopadł mnie jakiś wirus. Zadzwoniłam do kliniki i musiałam wziąć antybiotyk. Zastrzyki i antybiotyk powodowały, że źle się czułam, ale nie to było ważne. Najbardziej bałam się, czy moje przeziębienie nie przeszkodzi w przeszczepie, bo gdzieś tam przecież czeka biorca i liczy na mnie. Na szczęście wszystko przebiegło tak jak było ustalone. Choroba nie stała się przeszkodą.

Dzień pobrania to mój szczęśliwy dzień. Podłączenie do „maszynki” to nic strasznego. Dwa wkłucia i to wszystko. A potem 4 godziny siedzenia w wygodnym fotelu w miłym towarzystwie. Za jednym razem udało się pobrać tyle, ile było potrzeba, więc na drugi dzień już miałam wolne. Po pobraniu kilka godzin byłam trochę słabsza, ale to szybko minęło. Wieczorem telefon z DKMS z pytaniem jak się czuję, czy wszystko ok, no i pytanie czy chcę wiedzieć, komu pomogłam. Chciałam. Okazało się, że biorcą jest Pani, która mieszka w Czechach. I znów łzy – łzy szczęścia. Tego, co się czuje w tym momencie, nie da się opisać, to trzeba przeżyć. Jestem dumna z tego, co zrobiłam.

Bardzo dziękuję Paniom z DKMS za pomoc, wyczerpujące informacje, zorganizowanie wyjazdu, hotelu itp. Dziękuję również lekarzom z Kliniki na Banacha w Warszawie, szczególnie Ani oraz przecudownym pielęgniarkom Kasi i Małgosi (mimo moich nie widocznych żył świetnie sobie poradziły z wkłóciami i za miłą atmosferę jaka tam panuje). To bardzo miłe i wspaniałe osoby i robią kawał dobrej roboty.

Za Panią, która dostała moje komórki macierzyste trzymam z całych sił kciuki i modlę się, żeby wróciła do zdrowia.
Wszystkim, którzy są zdrowi, polecam - rejestrujcie się w bazie DKMS, może też będziecie mieli okazję komuś uratować życie, może ktoś na Was czeka i Was potrzebuje.